Cysorz Donald, część II – czyli hołd polski
30 lipca 2017

Cysorz Donald, część I – czyli hołd amerykański

„Cysorz to ma klawe życie oraz wyżywienie klawe. Przede wszystkim już o świcie dają mu do łóżka kawę, a do kawy jajecznicę. A jak już podeżre zdrowo, to przynoszą mu w lektyce bardzo fajną cysorzową”…. tak pamiętamy cesarski dwór z popularnej ballady. Takich cesarzy we współczesnym świecie jest całkiem sporo. Przeważnie w krajach arabskich i Afryce, lecz także w Londynie. Cesarzem jest fajnie być, bo on nic nie musi. Wybrany przez naród prezydent musi przedstawić dowody, choćby takie na niby, że sam jest przykładnym obywatelem. Odmowa Trumpa do ujawnienia swoich zeznań podatkowych świadczy, że bliższe mu cesarstwo niż prezydentura. Biorąc pod uwagę jego upodobanie do złotych klamek, gustowanie w chłopskim jadle i fakt, że ma bardzo fajną żonę, piosenka ta powinna zostać jednak przetłumaczona na angielski. Czy w tej sytuacji można się więc dziwić, że w pierwszą podróż udał się właśnie do wielkiego króla? Jednak wśród króli nie ma demokracji i ci biedniejsi składają hołd tym bogatszym. Donald, jak widać na zdjęciu, nie miał innego wyjścia, tylko dać sobie założyć łańcuch na szyję, bo dług jego kraju można porównać tylko do bogactwa arabskiego królestwa. USA mają dług prawie 20 bilionów dolarów (w 2011 wynosił on 5 bilionów). Wygląda na to, że południowym sąsiadom mógłby pomóc chyba tylko niedawno propagowany przez polonijną torontońską „Gazetę”, bilioner Ed Mercer. Hasło „make America great again” było wezwaniem do odrodzenia się kraju zepchniętego przez finansowych gangsterów na skraj bankructwa. Trump obiecał się z nimi rozprawić, a ponieważ każdy Amerykanin też tego pragnie, wygrał wybory. Chociaż prawo takich przestępców raczej chroni niż ściga, to prokurator z New Jersey, Chris Christie doprowadził do skazania jednego z nich. Później, wierząc Trumpowi, bardzo się zasłużył w jego kampanii wyborczej. Jednak zaraz po triumfie Trumpa został przez niego dość bezczelnie odtrącony. Sprawcą tego był Jared Kushner, syn wspomnianego przestępcy i równocześnie zięć nowego prezydenta. On, wraz z żoną zostali teraz „Misiewiczami” Trumpa. W tym momencie Amerykanie otrzymali jasny przekaz, że za tej kadencji swojego kraju nie odzyskają. Bartłomieja od Ivanki i Jareda, różni to, że tamtemu Antoni sowicie płacił, a oni oboje pracują dla Donalda za darmo. Zresztą to akurat w Ameryce nikogo nie może dziwić, bo młodych ludzi zmusza się tu do pracy ku chwale korporacji pod pozorem „zdobywania doświadczenia”. A oni oboje na polityce znają się tak jak Bartek na wojsku. Całe szczęście, że inni się litują, widząc poświęcenie Ivanki dla skąpego taty. Arabski król i chiński sekretarz już podarowali jej po 100 milionów dolarów, a to przecież dopiero początek pielgrzymowania. Jednak trudno sobie wyobrazić, aby w Polsce w takiej roli przy tatusiach znalazły się na przykład Ola Kwaśniewka czy Kasia Tusk. Może z tym naszym krajem wcale nie jest jeszcze aż tak źle? Prawdopodobnie właśnie ten brak doświadczenia spowodował, że doradczyni nie wiedziała, iż tata podpisuje kontrakt na sprzedaż amerykańskiej broni największym sponsorom terroryzmu. Wprawdzie tak drogie Ameryce prawa człowieka nie są tam łamane tak jak w Chinach, ale tylko dlatego, że w ogóle tam nie istnieją. Swoją drogą ciekawe, co o tym myśli mąż Ivanki, bo przecież teść właśnie zbroi po zęby największego wroga jego drugiej ojczyzny. Możliwe, że Mosad dał przyzwolenie, bo dobrze wie, że tak, jak kiedyś Arabom nie pomogła broń sowiecka, tak i teraz nie pomoże ta amerykańska. Bliskie kontakty trzeciego stopnia, bo przecież Amerykę od Arabii dzieli kosmos, mają się jednak całkiem dobrze. Jak nie wiemy o co tu chodzi, odpowiedzią jest jak zwykle porzekadło. Tylko czy dla tych garści dolarów lądujących w kieszeniach polityków, warto uprawiać, aż taką polityczną prostytucję? Trump, jak każdy cysorz, pragnie pozostawić po sobie coś wielkiego. Cysorzowie chińscy wybudowali mur, który jako jedyny obiekt wzniesiony przez człowieka widać z kosmosu. Ameryka, która przoduje w jego podboju, nie ma niczego takiego, może oprócz łuny światła nad Las Vegas, widocznej w bezchmurną noc ze stacji kosmicznej. Może dlatego wymyślił sobie Trump, że postawi taki mur na granicy z Meksykiem. Słusznie, bo nie chodzi tu tylko o efekt wizualny. Państwo to istnieje tylko teoretycznie, bo praktycznie jest firmą wysyłkową narkotyków do USA. Mur spowoduje wzrost cen towaru, a co za tym idzie większe dochody mafii. Rozwiązanie jest tu dziecinnie proste: legalizacja. Tylko, że to pozbawiłoby dochodów inną mafię – prawników i strażników amerykańskich, a z nimi żaden amerykański prezydent jeszcze nie wygrał. Sam Trump ma spore doświadczenie w rozwiązywaniu spraw finansowych, bo bankrutując parę razy, za każdym razem stawał się jeszcze bogatszy. Jeżeli zastosuje tę metodę dla Ameryki, dopiero po bankructwie stanie się ona „great again” i może o to w tym wszystkim chodzi. Tylko, że wielu musi zapłacić za to aby bankrut się wzbogacił: w biznesie firm, a w polityce państw. Obserwując, ile państw upadło za sprawą amerykańskiej interwencji, wygląda na to, że proces ten rozpoczął się już dawno przed Trumpem.  Zaczęliśmy pierwszą zwrotką piosenki, przypomnijmy więc teraz jej ostatnią strofę:„…dobrze, dobrze być cysorzem. Choć to świnia i krwiopijca”. To, czy tak będą go oceniać, kiedy będzie wracał do swojej wieży, zależy tylko od niego samego.

 

1 Komentarz

  1. Zbyszek napisał(a):

    Mój problem z D.Trumpem bierze się stąd, że pomimo jego ciągłych wpadek wizerunkowych i okazywanego co krok politycznego ignoranctwa, przyjmuję jego gafy z nutą sympatii,którą odczuwam do niego od czasu wyborów. Wygrywając wybory prezydenckie D.Trump dokonał wyczynu wydawać by się mogło niemożliwego do zaistnienia w wielkiej Ameryce, gdzie ktoś nawet z dużymi pieniędzmi i dobrym nazwiskiem, ale pogardzany przez waszyngtońsko-nowojorski establishment nie miał prawa wygrać, a on tego dokonał! Od zawsze wydawało mi się że za politykę powinni się brać ludzie z doświadczeniem w zarządzaniu i dorobkiem biznesowym, same chęci , jako takie wykształcenie i umiejętność autopromocji to atuty wystarczające dla sołtysa, ale za małe dla prezydenta, premiera czy choćby posła…
    Prezydentowi Trumpowi nie pomaga w sprawowaniu funkcji zbytnia pewność siebie i wrodzony tupet, po międzynarodowych salonach politycznych porusza się jak słoń w składzie porcelany, ale i tak przy kowbojskim klanie Bushów, czy bawidamku Clintonie jawi się jako osobowość z potencjałem. I żeby jeszcze potrafił dobrać sobie odpowiednich doradców i umiał ich słuchać….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Send this to friend