Cud w Oakville
5 kwietnia 2012
Back to the PRL, czyli naprutych winem i palących jakieś zioła część 2
7 lipca 2012

Koko spoko czyli energia z Facebooka

 

Kroniki budowlane

Ponieważ maj kojarzy się nam jednak także z pracą, a ta również z budową więc dobry to czas by zajrzeć co się dzieje na obu bioracych udział w naszym konkursie budowach. W Mississaudze chociaż dwa pokręcone wieżowce górują już nad horyzontem trudno zauważyć istotne zmiany od czasu ostatniej wizytacji. Na szklannych balkonach nie widać suszącej się bielizny czyli raczej nikt tam jeszcze nie zamieszkuje, a już na pewno żadna włoska rodzina. Przed głównym wejściem ustawiono natomiast pokaźnych rozmiarów pomnik konia. Na tym całkiem już nienormalnym rynku nieruchomości, oby nie okazał on się symbolem tego w co mogą być zrobieni lokatorzy. Czas pokaże, tak jak już pokazał ,że jednak budowniczowie Eugeniusza mieli rację nie ujawniając informacji o swojej budowie. Cóż z tego, że na tablicy informacyjnej w Mississaudze pojawiły się na początku jakieś liczby jak i tak okazały się nieprawdziwe. Natomiast na budowie w Brampton zaszły ostatnio spore zmiany. Pamiętamy ile długich lat potrzeba było by wyrosła z ziemi nawet nie wieża kościoła, ale choćby wrosły w nią fundamenty, co stało się zresztą powodem niewybrednych żartów o budowie kopalni, zazdrosnego  proboszcza z Mississaugi. Prawdziwym cudem jest więc teraz to, że w ciągu paru miesięcy tuż za świątynią pojawiły się dwa potężne budynki. Niedowiarki podejrzewają, że to górale po prostu do cementu dosypywali drożdży. Jednak ponieważ ma się mieścić w nich Dom Starców to prawdopodobnie tempo prac wynika tu raczej z tego, że pontencjalni lokatorzy są jednym z ostatnich pokoleń, które będzie stać na zapłacenie czynszu porównywalnego z czesnym na dobrej uczelni. Trzeba przyznać, że budowlańcom tupetu to nie brakuje bo wybrali sobie miejsce tuż za świątynią Kościoła Katolickiego, w którym zawsze nauczano, że zaniedbanie opieki nad swoimi rodzicami jest ciężkim grzechem. Tego, że zmieniły się przepisy a raczej przykazania w tej sprawie przecież nie ogłoszono.

Koko spoko

Nietrudno odnieść wrażenie, że Polska jest krainą nie tylko mlekiem i miodem ale też gwiazdami płynącą. Artystów, a szczególnie tych śpiewających mamy taką ilość, że większość kolorowych gazetek i telewizyjnych produkcji zajmuje się tylko ich problemami.  Dla nich jednak Polska to zaścianek, w którym nie docenia się ich wybitnych talentów. Przeważnie więc deklarują wyjazd za granicę, to znaczy do Ameryki, by zrobić prawdziwią karierę, nie zdając sobie chyba jednak sprawy z tego, że Jackowo i Greenpoint to już historia. Chociaż większość z nich to tylko „odtwarzacze” lecz mamy też równie wybitnych kompozytorów potrafiących nawet zmieniać kolor włosów do każego oratatorium. I tak oto nadszedł czas próby. Ojczyzna w potrzebie! Niestety, okazało się, że skomponowanie i wykonanie parominutowej przyśpiewki na największą,  po bitwie pod Grunwaldem masową imprezę w historii Polski przerosło możliwości tej całej plejady, jeszcze nie wzeszłych a już upadłych gwiazd. Jak to bywało w naszej historii od zawsze, z pomocą przyszło ludowe pospolite ruszenie. Dla gwiazd  to zwykły obciach i kopia rosyjskiej piosenki. Możliwe, ale jeszcze większym obciachem jest oglądanie tej piorącej publicznie swoje brudy celebryckiej „artstokracji”. Oni sami dość sprytnie unikają podejrzeń o plagiaty bo ich piosenki prawie niczym się nie różnią. W polonijnym programie „Na luzie” prezenterki często nadają nowości muzyczne z Polski. Oglądając to można pomyśleć, że trudno mieć gorszy gust. Ale spoko, to może nie gust tylko rzeczywistość polskiej muzyki rozrywkowej. Jakby tak udało się wymyśleć jakieś kryteria kogo można traktować jako artystę a całą resztę wysłać na przykład do prac drogowych, to spoko te parę kilometrów autostrady ze Strykowa do Warszawy udałoby się dawno już zbudować. Nie mówiąc o tym, że telewizja Trwam mogłaby nadawać spoko przez TVN, wykorzystując zwolniony  czas antenowy. Narazie musimy się zadowolić nalewką z jarzębiny, lecz dobrze że chociaż ona jest.

Energia z Facebooka

„Dobrze wpływa na ludzką psychikę, niezadowoleni z życia albo cierpiący z braku pewności siebie gromadzą dzięki niemu rezerwy energii społecznej„. Nie, to nie o wpływie północno-koreańskiego wodza na szczęście narodu, ale opinie amerykańskiej psycholog z Uniwersytetu Michigan o Facebooku. Wypociny raczej sponsorowane bo akurat głównym pragnieniem uzależnienionych od tego wynalazku Marka Zuckenberga, których jest już całkiem sporo, jest to by mieć jak najwięcej „friends”. Czy widząc jednak, że taka Gaga ma ich więcej nie łatwiej jednak wpaść w depresję, niż zgromadzić energię, do tego jeszcze społeczną. Jak się zna facebookowca to można się przekonać, że ludzie którzy nie darzą się w „realu” sympatią tu są przyjaciółmi. Bo statystyka jest najważniejsza, a ponadto na  zaproszenie do grona „friends” trudno odpowiedzieć tak wprost po polsku „spieprzaj dziadu”. Tu raczej obowiązuje kultura i nawet dość przygłupie komentarze, których jest tu  najwięcej „lajkuje” się klikając na znaczek z kciukiem do góry. Pomysł chwycił więc teraz pora by zrobić kasę. Wartość Facebooka oszacowano zależnie od źródeł na 50 a nawet 100 miliardów!!! dolarów. Zwariował ten Zuckenberg czy co? Niekoniecznie, bo posługuje się dość prostym wyliczeniem. Każdy bawiący się w tą komputerową grę wart jest $100, a konkretnie informacje jakie umieszcza tam o sobie, a na które chętnych nie brakuje. Jednak z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że jak wystarczająca ilość graczy kliknie na „kciuk do góry”  deklarując zakup akcji to wkrótce ktoś pokaże im inny paluszek sierowany w górę. Środkowy. Może zamiast akcji Zuckenberga lepiej kupić na przykład piosenkę Neila Younga „Sugar Mountain”. W przekładzie znaczy to samo i też dobrze wpływa na ludzką psychikę.

Tajemnice (nie tylko) Ordonki

Zrobić dobry spektakl teatralny z udziałem tylko dwóch osób nie jest łatwym zadaniem. Jedynym sposobem by nie uśpić widzów jest ciekawy scenariusz i dużo trudniejsza niż w wielosobowych sztukach gra aktorów. W przygotownym przez działający w Toronto Salon Poezji, Muzyki i Teatru, przedstawieniu „Tajemnice Ordonki” udało się jednak połączyć to wszystko razem. Maria Nowotarska i Agata Pilitowska tworzące znany nie tylko wśród kanadyjskiej Polonii aktorski duet, sztukę napisaną przez Kazimierza Brauna zagrały po mistrzowsku. Świetne aranżacje piosenek przygotowane przez Jerzego Boskiego i  pasująca do całości scenografia przyczyniły się do pełnego sukcesu. Trzeba było być na tym przedstawieniu aby zrozumieć dlaczego mające się odbyć wkrótce po nim dwa spektakle z Polski zostały przez organizatorów czym prędzej odwołane. Ale to nie wszystko bo już parę dni po spektaklu polonijni telewidzowie mieli okazję dowiedzieć się, że Maria Nowotarska nie tylko znakomicie gra ale i gotuje. A tajemnicę tą zdradził widzom  prawie, że polonijnego, bo realizowanego przez Adę Młostek i Irminę Somers programu „Look I Cook”, jej wnuczek Tomek. Robiący karierę w Kanadzie pod „kryptonimem” Tommy Hollywod, w drodze do studyjnej kuchni City TV  wpadł do niej po poradę. Niestety ale potem wszystko mu się pomieszało i zamiast polskiego przepisu namieszał jakiejś pasty po włosku. Cakiem jak w to Hollywood.

Championi Kiepurze

Marsz trębaczy zdawał sie nie mieć końca. Ponieważ niedawno został we Wrocławiu pobity kolejny rekord Guinessa w zagraniu na parę tysięcy gitar hendrixowskiego „Hey Joe” wyglądało na to, że na tym koncercie padnie jakiś rekord z Armstronga. Ostatecznie odtrąbili Aidę. Szkoda tylko, że sztywne trzymanie się realiów tamtej epoki, w której nie było jeszcze elektryczności pozbawiło ten ciekawy pomysł mocy wyrazu. Oczywiście operowy marsz był tylko krótkim fragmentem koncertu Andrzeja Rozbickiego i jego orkiestry tym razem poświęconego polskiemu tenorowi Janowi Kiepurze. Na zorganizowanym z rozmachem widowisku  był obecny osobiście syn Kiepury, a telefonicznie jego żona Marta Eggerth. Szkoda tylko, że tak mało było samego Kiepury. Oczywiście śpiewano jego piosenki i ulubione arie, lecz brakowało trochę choćby krótkiej łączącej je w całość narracji, tak jak to zrobiono właśnie w  „Tajemnicach Ordonki”. Oczywiście koncert to nie spektakl teatralny, lecz większość arii śpiewanych przez Kiepurę wykonywali prawie wszyscy tenorzy i ułożenie programu w jakieś chronologii z krótkim komentarzem na pewno bardziej przybliżyłoby publiczności jego postać. Oprócz dobrze znanych publiczności wykonawców w koncercie wystąpiła polonijna wokalistka Kasia Kacała. Był to jej debiut, zresztą bardzo udany, z Celebrity Symphony Orchestra. Wygląda, że przybył nam kolejny wielki talent i jeśli chodzi o polską kulturę to stajemy się już prawie samowystarczalni. Jeśli artyści w Polsce podnieśliby i tak wysokie ceny to spoko damy sobie tu doskonale radę. W imponującym finale cały 150 osobowy zespół po mistrzowsku wykonanał, bo jakże by inaczej, przebój „We are the champions”. Czyli sprawy idą w dobrym kierunku, bo tak naprawdę odtwarzanie ciągle tych samych „spaghetti arii” nowych fanów naszemu maestro Andrzejowi Rozbickiemu nie przyniesie. W 1969 roku w Londynie miał miejsce wspólny koncert Royal Symhonic Orchestra i grupy Deep Purple. Dla popularyzacji muzyki poważnej wśród młodzieży zrobił on więcej niż setki wykładów. A jakby coś podobnego zagrać tu w Toronto, przecież dr Andrzej Rozbicki jest również pedagogiem. Wprawdzie to zadanie dla mistrzów ale wszyscy słyszeli jak w sobotę 12 maja z całym swoim zespołem śpiewał on: „we are the champions”.

Konfitury z Dżemem czyli Jarocin w PCK

Kanadyjskie konfitury i polski dżem tak zapowiedział ten koncert polonijny wodzirej Krzysztof Jasiński i trudno chyba byłoby tu znależć lepsze określenie. W muzyce otwierającego koncert Tony Springera  były jednak  jak to w konfiturach może nieliczne, ale smakowite kawałki. Zespół Dżem okazał się taką zmieloną papką, nie „Jam”, lecz zwykły dżem. Ci którzy uwierzyli plakatowi i przyszli posłuchać bluesa na pewno się zawiedli. Około 30 lat temu Polska była prawdziwą bluesową potęgą. Breakout, Krzak, Kasa Chorych, Nocna Zmiana Bluesa czy Silesian Blues Band to tylko niektóre z licznych wtedy zespołów grających tą muzykę. Legenda dość przeciętnego w porównaniu a nimi Dżemu powstała dlatego , że wokalista zespołu przegrał z narkotykami. Jednak po latach chyba tylko właśnie Dżem ciągle występuje a dlatego, że jest jednym z nielicznych polskich zespołów nie przypominającym modnych teraz „boysbandów” był często zapraszany do otwierania koncertów takich sław jak AC/DC, Eric Clapton czy ZZTop. Szczególnie mocno musiał zauroczyć ich ZZTop bo jak widzieliśmy w Mississaudze basista do dziś przebiera się za jednego z teksańczyków. Sporą atrakcją koncertu była sama publiczność, która odegra na żywo sceny z festiowalu w Jarocinie. Rzucanie się ze sceny na kłębiący się pod nią tłum jest równie widowiskowe co też niebezpieczne, i raczej wymaga stosowania  „dopalaczy”. Chyba nasze Polskie Centrum Kultury nie bardzo sobie  z organizacją takich imprez radzi. Tylko gdzie je robić jak mieszkańców Mississaugi na przyjazd do miasta namówić jest bardzo trudno a Living Arts Centre zdziera z naszych impresariów niemiłosiernie.

Komu przeszkadza gwiaździsty sztandar

Wiadomość z pierwszej strony polonijnego tygodnika Goniec „Unijna flaga wisząca obok naszych barw to bezprawna uzurpacja”. Prawdopodobnie redakcja pragnie w ten sposób pożartowć z różnych pseudopatriotów porównujących Unię do III Rzeszy. A przecież Polska w Unii Europejskiej to chyba jeden z najlepszych okresów w naszej ponad tysiącletniej historii. Zawsze najlepiej nam się wiodło będąc w różnych uniach a w największe tarapaty wpadaliśmy osamotnieni. Jednak jaką w dzisiejszej Unii będziemy mieli pozycję to już zależy tylko od jakości naszych przedstawicieli. Niestety dokąd będą nas reprezentować tam tacy jak parodysta Siwiec czy Ziobro, którego jakość bardzo trafnie ocenił kiedyś tow.Miller, trudno czegokolwiek oczekiwać. Poza tym nie wiadomo dlaczego większość polskich europosłów biorąc wypłatę w Brukseli żyje tylko problemami swoich partii w kraju. A cała ta flagowa sprawa z powodu obchodzonego 2 maja Dnia Flagi, do której my Polacy mamy bardzo specyficzne podejście. Jakoś ciągle nie potrafimy się wyrwać z komunistycznych nawyków kiedy rozporządzeniem ustalano kiedy, kto i na ile może wywiesić swoją własną przecież flagę.  Polka zwiedzająca Toronto wzięła portugalski bar za ambasadę tylko dlatego, że powiewała nad nim flaga tego kraju. W Polsce za udekorowanie narodowymi barwami knajpy, domu czy smażalni można trafić nawet do sądu. Skutkiem tego są potem sztubackie wybryki wojewódzkich autortetów moralnych. Teraz pseudopatriotom używających czasami też ksywy „prawdziwy Polak” zaczęło przeszkadzać towarzystwo flagi unijnej, lecz jednocześnie nie przeszkadza im to, że mogą nie tylko swobodnie podróżować po całej Europie, ale też uczyć się, pracować i korzystać z pomocy socjalnej  wszędzie gdzie taka flaga wisi obok własnej narodowej. Nie mówiąc już o różnych dopłatach, którymi nie gardzą nawet w Toruniu, z którego chyba najbardziej ujadanie na tą Unię słychać. Nam o urokach podróży po kontynencie podzielonym żelazną kurtyną ciągle przypominają przejścia graniczne do bratniego USA jak i z powrotem, dlatego może bardziej potrafimy docenić europejskie przemiany.

10 Komentarze

  1. hermes napisał(a):

    Już mnie nie dziwi niebieska flaga z gwiazdami oznaczającymi kolejne 12 pokoleń Izraela.Już widzialem satyryczny rysunek Polski leżącej płasko a w środku wbity maszt z flagą……….izraelską.!Przypominial mi redaktor klasztor ojców Filasów w Brampton.Co z tymi 300.000 dolców za pasem sutanny na przejściu granicznym?Stare porzekadło mówi,:kto ma w rodzinie księdza to ta rodzina żyje w dostatku.I tak jest!Resztę należy poszukać w okolicy Rabki.Tam jest druga polowa wieży z Brampton.

  2. Marek napisał(a):

    Te 300 tysięcy nie wzięło się znikąd. Ktoś te pieniądze przekazał z przeznaczeniem na jakiś cel i to prawdopodobnie nie jedna osoba. Czy nawet tym z „Kłody koło Ryczywołu” nie może wreszcie przyjść do głowy że ksiądz to nie Bóg? I że może być zwyczajnym złodziejem? Bo to jest właśnie zwyczajne złodziejstwo… Czy w XXI wieku nic się nie zmienia w umysłach niektórych od czasów Średniowiecza? Nie chodzę do Kościoła. Nie chcę żeby mi morały prawili ludzie, którzy dawno własną moralność stracili. Nie pozwala Kościół na branie Komunii rozwodnikom, a jednocześnie przyłapani na pedofilii czy złodziejstwie księżą dalej funkcjonują i prawią kazania z ambony. Quo vadis Kościele, quo vadis…

  3. Marcin napisał(a):

    Nie znam patriotów porównujących Unię do III Rzeszy, za to znam kilku, którzy przyrównują ją do Socjalistycznych Republik Sowieckich. Ale żarty na bok. Widać z wypowiedzi pana redaktora, ze jest on gorącym zwolennikiem Uni Europejskiej w tej postaci jaka ona obecnie jest. I dobrze, każdy ma prawo się mylić. Ale nawet najbardziej tolerancyjny człowiek nie może płazem przepuścić pańskiego zdania:”Zawsze najlepiej nam się wiodło będąc w różnych uniach a w największe tarapaty wpadaliśmy osamotnieni. „, bo to jest strasznie upraszczające, uogólniające i naiwne stwierdzenie. Nie można w ten sposób potraktować ponad tysiącletniej historii państwa polskiego bez oberwania po uszach. Prawda jest taka, że z tymi uniami, umowami i paktami bywało różnie, ale przeważnie mniej Polska wyniosła z nich kożyści niż włożyła wysiłku. I to najczęściej w olbrzymiej dysproporcji. Jednak błędem byłoby obwiniać za ten stan rzeczy obcych. Cała wina leży w tym, że Polacy nie potrafili i nie potrafią ( poza wyjątkami, które potwierdzają regułę ) uprawiać takzwanej realpolitik. Tam gdzie potrzebny pragmatyzm my mamy sentymenty. Tam gdzie potrzebna praktyczność my mamy emocje. W dniu dzisiejszym jednym z bagaży przeszkadzającym w uprawianiu realpolitik jest postkolonialna mentalność polskich elit. Te rażące kompleksy i niedowartościowanie narodu przelewa się na doły właśnie od nich, z góry. Wystarczy przeczytać pierwszy, lepszy artykuł czy wywiad z Polski, żeby spostrzec jak bardzo ważną wartością i priorytetem jest własny image względem Zachodu. Z tego widać, że nie ma co jeszcze oczekiwać, że w tym pokoleniu polityków coś się zmieni. To jest ostatnie pokolenie, które większość życia przeżyło w kraju-kolonii sowieckiej. Natomiast wracając do pańskiej pomyłki względem polskiej historyi układów i sojuszy chciałbym zwrócic uwagę też na to, że trzeba bardzo uważać z kim się te sojusze i unie prowadzi, bo nie każdy ma czyste intencje. A z tego co widzę Polakom nadal ciężko wypada rozpoznanie w terenie. No cóż…jeśli nie uczymy się historii…..

  4. Marek napisał(a):

    Jestem za Unią, zgadzam się z Marcinem. Z każdej Unii trzeba wziąć jak najwięcej dla siebie, nie bawić się w sentymenty, i nie dziwić się że inni chcą tego samego. Polityka to gra, trzeba się jej nauczyć, a nie ciągle płakać że „znowu nas wykorzystano”. Przecież od wieków wiadomo, że Rosja ma imperialistyczne zapędy, że Niemcy chcą przewodzić i że Francja ma ogromne ego i myśli że jest najlepsza na świecie. I co z tego? Trzeba to wykorzystać w grze dla siebie a nie narzekać jacy to inni są niedobrzy, a my tacy wspaniali. I przestańmy wreszcie ciągle jechać na naszej martyrologii i doznanych przez wieki krzywdach. Czas przestać być małym chłopcem i dorosnąć do gry dużych.

  5. Marcin napisał(a):

    @Marek
    Amen

  6. Zbyszek napisał(a):

    Dawno temu permanentnie skacowany Winston Churchill powiedział, że demokracja to najgorszy z ustrojów, nie licząc wszystkich innych, które dotąd próbowano.
    I niestety te nasze podlaskie babiny, czyli „Jarzębiny”( niektóre całkiem młode tylko starczo podrasowane) są właśnie przykładem demokratycznych ułomności. Ich przaśną przyśpiewkę wybrała ponad milionowa rzesza raczej młodych Polaków
    (starsi z zasady nie biorą udziału w esemesowych głosowaniach). Czy głosujący zrobili sobie jaja z poważnego konkursu? – nie jestem w stanie tego pojąć, gdyż nawet marność konkurencyjnych piosenek nie tłumaczy aż takiego obciachu…
    Osobną sprawą jest wtórność pomysłu z występem „Jarzębin”, na początku marca, czyli prawie dwa miesiące wcześniej, rosyjskie eliminacje do konkursu Eurowizji wygrały Buranowskie babuszki, autentycznie stareńkie babcie z duzym poczuciem rytmu , z młodzieczą werwą i świetnie dopasowaną do nich piosenką. Nie będę zaskoczony gdy okaże się, że syberyjskie babcie oczarują europejskich telewidzów finałowego konkursu Eurowizji. Nie może dziwić, że nasi estradowcy nieudolnie naśladują wykonwaców anglosaskich, w koncu tak czyni cały piosenkarski świat,
    ale małpowanie Rosjan, to już o jeden most za daleko…

  7. hermes napisał(a):

    Sprawa jest prosta z „Jarzębinami”Wszystkie piosenki skomponowane na EURO były do kitu.Brak inwencji,pomyślunku,Veny czy zdolnośći spowodowal komponowanie gniotów muzycznych.” Jarzębina” w strojach ludowych/he he przy[orzypominającą zakonną formację/ zaśpiewala folk.A my się wstydzimy naszego „folku”dlaczego? Jest to skladnia naszej tradycji i kultury rodzimej.Toronto również nie akceptuje folku /muz.coutry/ ale gdy zawita tutaj znany/znana/ wykonawca country to na koncert pchaja sie tłumy.A na codzień gawiedź lubi słuchać HIP-HOP.Jest funny jest wesoło i śmiesznie.I oto chodzi.Po prostu zakpiono z tych wszystkich puszących się nadętych kompozytorów,! Babcie są sympatyczne i naprawdę dziarskie i taaaaakie ludowe.ŁOj niejeden by przycisnął w stogu siana.Świeża mlekiem pachnąca malinka.Czerstwa i zdrowa.

  8. Marcin napisał(a):

    @hermes
    Koko Spoko to żenada. Rozumiem, że nie było nic lepszego w polskim wykonaniu, ale na tak ważną imprezę gdzie twarz Polski bedzie oglądał cały świat można było jak South Africa, sięgnąć po znaną gwiazdę zagraniczną. Shakira, choć z pochodzenia Kolumbijka z krwi Iranka a na codzień Amerykanka, wypadła wprost fantastycznie reprezentując Republikę Południowej Afryki na Mistrzostwach Świata swoim utworem „Waka, waka”. Było wesoło, rytmicznie i piosenka wpadała w ucho nie tylko Afrykańczykom, ale całemu Światu!
    Kto mówi, że zawsze musi być folk?! Folk nie trafia do młodzierzy i do piłkarskich kibiców. Żeby chociaż utwór był po angielsku i wykonywany przez piękne, zgrabne dziewczyny w kusych spódniczkach.

  9. Marek napisał(a):

    @Marcin
    Oj tam, oj tam.

  10. Zbyszek napisał(a):

    Gdyby zorganizować degustację dżemów owocowych, to obojętnie kto, nawet Aborygeni czy Papuasi, orzekliby że polski dżem (np. z Łowicza) jest zdecydowanie lepszy od kanadyjskiego bądź angielskiego. Inaczej rzecz się przedstawia gdy polski bluesowo-rockowy Dżem konfrontuje się z Tonym Springerem, w tym przypadku nawet głuchy usłyszy kto jest lepszy i chyba robimy krzywdę polskim wykonawcom organizując im wspólne występy z takimi fachowcami, a przecież Tony to tylko jeden z szeregowych żołnierzy wielotysięcznej anglosaskiej armii muzycznej. Lubię słuchać Dżemowej muzyki od początku lat 80-tych, pewnie z charyzmatycznym Ryśkiem Riedlem było w niej więcej bluesowego bigla niż jest teraz, ale obecny wokalista Maciej Balcar bardzo się stara żeby duch Riedla unosił się nad estradą podczas koncertów Dżemu. Czy mogą zadowolić wszystkich polskojęzycznych koneserów muzycznych? – skoro Redaktor twierdzi, że nie – to ja ich pocieszę (oczywiście zachowując rozsądne proporcje), że nie wszyscy lubią Rolling Stonesów czy B.B.Kinga, a jacy oni są wielcy!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Send this to friend