Jaja nie Wielkanocne
28 marca 2008
Tyle Ojczyzny, ile Kościoła
14 stycznia 2009

Co z tą polskością (3)

Chocież piłkarskie emocje dzięki postawie naszej narodowej drużyny nie trwały dla nas zbyt długo to ciągle toczą się dyskusje o polskości kilku piłkarzy grających w barwach niemieckich. Znaleźli się nawet tacy, którzy żądali pozbawienia Podolskiego polskiego obywatelstwa. Założę się, że to tacy ja oni dwukrotnie wybrali na prezydenta Polski człowieka współwinnego tego, że rodzice Podolskiego wyjechali z Polski. A „prezio” był przecież w tamtych czasach jakby nie było  specem od sportu. Czy to, że ktoś mieszkając od drugiego roku życia w Niemczech, mówi po polsku, ma żonę Polkę i czuje się Polakiem, co podkreśla przy każdej okazji, nie jest czasami ważniejsze?

Niestety, ale również w Polsce nadaje się teraz obywatelstwo egzotycznym sportowcom,  jednocześnie odmawiając go tysiącom prawdziwych Polaków wywiezionych na wschód. I co to będzie jak przyjdzie nam teraz zagrać z Brazylią? Tu  akurat nie mamy wątpliwości, że Polako-Brazylijczyk powinien strzelić Brazylii jak najwięcej bramek. Co innego Polak pracujący u Niemca, ten akurat powinień pracodawcy szkodzić. Chociaż z najnowszej, „poprawnej” już wersji „W pustyni i w puszczy” wycięto dobrze znaną mądrość Kalego, to jego interpretacja moralności ciągle jest jednak aktualna. Podobnie zresztą przedstawia się sprawa zachowania naszych rodaków w czasie wyjazdów turystycznych na Litwę lub Ukrainę. Podczas gdy na Niemca zwiedzającego na przykład Wrocław patrzymy raczej nieufnie, co nie przeszkadza nam jednocześnie demonstrować zbyt nachalnie polskości będąc w Wilnie czy Lwowie. Chociaż czasami potrafimy robić coś wręcz odwrotnego. Nie wiem jak to wygląda w innych miastach zachodniej Polski, ale w rodzinnym Gorzowie na większości sprzedawanych tam pamiątek widnieje jego przedwojenna, niemiecka nazwa. Raczej spowodowane jest to dużą ilością klientów zza Odry, ale czy w ten sposób sami nie pomagamy roszczeniom różnych ziomkostw?

Nam na szczęście podobne rozterki nie grożą, bo spotkania reprezentacji narodowych

Polski i Kanady prawie się nie zdarzają, a do Wilna na ontaryjskich Kaszubach Litwini raczej nie wysuwają żadnych roszczeń. 

Mogłoby się wydawać, że my lepiej rozumiemy emigracyjne problemy ale niestety i tutaj można spotkać rodaków kwestionujących polskość Podolskiego lecz nie zauważających, że ich dzieci już po polsku nie mówią. Tak jak w sporcie nie wszystko można zwalić na trenera, jednak w tym przypadku wina rodzinnych „trenerów” jest oczywista.

Niestety, trzeba przyznać, że istniejące tu organizacje polonijne czy polskie instytucje niezbyt rodzicom w tym zakresie pomagają. Inni jakoś potrafią. Aż żal patrzeć na imprezy organizowane przez greckie,włoskie czy portugalskie środowiska. My wolimy świętować,  można by powiedzieć bardziej kameralnie, w dodatku każda grupa z innej okazji i w innym terminie. Lepiej niech nas inni nie zauważają. Corocznym przykładem jest 3 maja. Wciągnięcie flagi, wiązanka pod pomnikiem i czasami jakaś akademia na Beverley lub Lakeshore.

W tym roku obchody tego święta urządzono w Konsulacie dopiero 8 maja, bo sobotę 3-go gościła tam akurat grupa aktorów z „Jankiem z pancernych” na czele. Trochę niezręcznie wyszło bo to właśnie 8 maja czołg 102 wjeżdżał do Berlina i chociaż zakończyła się wtedy wojna, to również rozpoczęła się sowiecka okupacji naszego kraju. Przypuszczalnie na urządzenie bankietu przed swoim występem nalegali właśnie goście z Teatru Narodowego świadomi, że przyjechali do nas z dość kiepskim przedstawieniem „Władza”. Jak w naszej piłce, narodowa reprezentacja nie gwarantuje zawsze najwyższego poziomu, z tą różnicą, że ci na scenie grali jednak dobrze tylko reżyser jakoś nie bardzo dał sobie  radę ze sztuką. Sprawa może i drobna ale raczej mało prawdopodobne by na przykład, amerykański konsulat przesuwał o tydzień obchody 4 lipca, nawet jakby zawitał tam sam Rambo.

Jednak obiektywnie trzeba przyznać, że Konsulat jest placówką bardzo aktywnie uczestniczącą w życiu Poloni i raczej może w tym przypadku liczyć na jakiś odpust.

Niestety ale  trudności w uzyskaniu takiego odpustu mogą mieć przedstawiciele instytucji, jak by nie było władnej w ich udzielaniu. A to za sprawą zamiarów likwidacji polskiej parafii poprzez przekazanie jej innej grupie etnicznej, prawdopodobnie portugalskiej i bez pytania o zdanie parafian. Kościół pod wezwaniem Matki Bożej przy Davenport w Toronto, poświęcony w 1915 roku  jest pierwszą torontońską świątynią zbudowaną od podstaw przez Polaków. Nie bardzo wiarygodnie brzmią wyjaśnienia kościelnej administarcji o trudnościach w utrzymaniu kościoła. Może Polaków mieszka tam teraz mniej ale przecież Portugalczycy to też katolicy. Zamiast obiecywać polską mszę w portugalskim kościele czy nie lepiej byłoby odprawiać portugalską a może nawet i włoską ale w polskim jednak kościele? Podobną ekonomię zastosowali polscy weterani, którzy również przekazali niedochodowy ich zdaniem budynek przy ulicy College innej grupie etnicznej –włoskiej,  miejmy jednak nadzieję, że nie włoskim weteranom. Jak zarabiają na nim Włosi można się osobiście przekonać.

    Jakże lubimy wykorzystywać imię Jana Pawła II jako patrona dla różnych przedsięwzięć, tylko jakoś nie chcemy pamiętać, że Karol Wojtyła nawet będąc papierzem zawsze szczególnie dbał o interesy swoich rodaków

    W tym samym czasie z dużym trudem budowany jest, również za pieniądze Polaków kościół w Brampton. Czy takie działania władz kościelnych nie szkodzą tej śmiałej inicjatywie? Przecież naturalnym pytaniem jest, po co nam to wszystko jeśli w przyszłości ktoś nasz wspólny dorobek potrakuje tak jak  ma to teraz miejsce z parafią Matki Bożej. Dla  protestujących parafian w czasie ostaniej parady im. Jana Pawła II, jedyną odpowiedzią była prośba o zwinięcie transparentu. Szkoda, bo jednak była to doskonała okazja dla wyjaśnienia całej sprawy licznie zebranym tam wiernym. Tymczasem postał niesmak, domysły i zwykłe plotki. Z jednej strony

mówimy o nierentowności parafii, lecz z drugiej zaś tolerowne są msze polowe odprawiane na prawie każdym pikniku.Te akurat szkodzą wszystkim parafiom, bo nie dość, że odciągają wiernych od swoich kościołów to jednak odprawianie mszy w sąsiedztwie budki z piwem nie jest godną jej oprawą. Nie ma tu też miejsca sezonowa, wzmożona pobożność organizatorów pikników, którzy tym właśnie sposobem chcą uzyskać jedynie większy zysk. Pomijając już drobny ale istotny fakt, że czasami na taki piknik wybierają się nie tylko sami katolicy i stawia się ich wtedy w trochę niezręcznej sytuacji.

 

   Bardzo dużo jednak robią dla podtrzymywania polskości tu w Kanadzie artyści. I to nie ci z Polski, ale nasi polonijni. Nie tak dawno wybrałem się po raz pierwszy na kabaret „ Po Bańką”. Przedtem gościło u nas parę zespołów kabaretowych z Polski więc można było pokusić się o jakieś porównania. Wydawałoby się, że gdzie tam „Bańce” do takich importowanych zawodowców. Okazało się odwrotnie. Gdzie tam tym „zawodowcom” do Bańki. W porównaniu do przygłupich monologów Dańca czy „rozśmieszających inaczej” tych „Spod Wyrwigrosza”,  nasza niby amatorska „ Bańka” wypada zdecydownie najlepiej. W ich przypadku chyba nadszedł już czas by zarabiać na występach w Polsce. Tym bardziej że prezydent Bush dużo lepiej dba o polskie finase niż były minister finansów Krzak i nie ustaje w wysiłkach by zrównać dolara ze złotówką.

       Inną grupą artystyczną działającą w Toronto jest Salon Muzyki, Poezji i Teatru im. Jerzego Pilitowskiego. Ich kolejny występ mogliśmy podziwiać w ogrodach Konsulatu w pierwszym dniu tegorocznego lata. W tym roku tematem przewodnim koncertu były muzyczne wspomnienia.

W barwach Salonu występuje wielu utalentowanych wykonawców ale występ jednej z wokalistek został przyjęty przez publiczność szczególnie gorąco. Była to dobrze znana już wśród Polonii Irmina Somers, która razem z zespołem Mr. System wykonała wielki przebój „Venus”, holenderskiego zespołu Shocking Blue z przed prawie 40 lat.

Owacja widowni była dowodem, że jednak wolimy starsze lecz dobre kompozycje od muzykopodobnych współczesnych produkcji.

Irmina wykonała później jeszcze, tym razem w duecie ze Sławkiem Iwasiukiem, piosenkę „Do zakochania jeden krok”.  Obserwując panów obsypujących ją  komplementami, a polonijny iluzjonista nawet kwiatami, można podejrzewać, że wielu z nich już ten krok może i zrobiło.  Dodatkową atrakcją była obecność na scenie autora finałowej piosenki ”Bogdan ,trzymaj się”. Jarosław Abramow-Newerly bo o niego tu chodzi, wyznał że dla twórcy najważniejszym jest by jego piosenka nie umarła przed nim samym. On akurat należy do tych, którzy tworzyli utwory zdrowe, czego nie można niestety powiedzieć o większości dzisiejszych autorów, właściwie nie tworzących ale produkujących piosenki tak schorowane, że odchodzą one prawie równocześnie z ich premierą. I dlatego dobrze jest czasami pokręcić się na  takiej „karuzeli wspomnień”

     O Irminie Somers wspominałem już niejednokrotnie bo nie tylko jest ona bardzo utalentowaną wokalistką ale także reporterką telewizji TVN oraz  menadżerem radia ABC. I właśnie w ramach tego radia przygotowuje program chyba bardzo potrzebny w naszym polonijnym środowisku.

Zamiast czytać czy słuchać materiałów kopiowanych z internetu będziemy mogli w tym właśnie, narazie internetowym radiu swobodnie skomentować to wszystko co się dzieje wśród nas, nawet gdy są to sprawy unikane przez inne media a takich, jak sami wiemy,  jest całkiem sporo.

Mam nadzieję, że polonijne biznesy pomogą jej w realizaji tych bardzo ambitnych planów.

Niedawno Irmina dla TVN-u przygotowała  program o torontońskiej Breakfast Television. Przypadkowo udało mi się zobaczyć ten reportaż wyemitowany  w „Dzień Dobry TVN”.

Ze zdziwieniem zauważyłem, że pominięto w nim te fragmenty gdzie można było zobaczyć ją samą, jako gościa tego najpopularniejszego w Kanadzie programu. Akurat w tym czasie Andrzej Kumor w „Gońcu” na krytykę polskojęzycznego lokalnego programu telewizyjnego z powodu pominięcia w nim święta 3 maja, odpowiedział, że jeżeli jego – Polaka tam czasami pokazują to jest to bez wątpienia polska telewizja. Ponieważ Irmina jest z całą pewnością Polką to aż strach pomyśleć co z takiego dedukowania mogłoby wyniknąć.

PS.

Korzystając z okazji w imieniu naszego Klubu Ziemii Gorzowskiej chciałbym złożyć

Irminie i jej mężowi Creigowi serdeczne życzenia z okazji zawarcia przez nich, w bliskiej

Gorzowowi Zielonej Górze, ślubu kościelnego (19 lipca). Tylko żeby nam nie uciekła w politykę bo Tusk jak tylko wziął kościelny to zaraz premierem został.

 

 

Krzysztof Sapinski

Toronto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Send this to friend