maj 15 2012

Koko spoko czyli energia z Facebooka

 

Kroniki budowlane

Ponieważ maj kojarzy się nam jednak także z pracą, a ta również z budową więc dobry to czas by zajrzeć co się dzieje na obu bioracych udział w naszym konkursie budowach. W Mississaudze chociaż dwa pokręcone wieżowce górują już nad horyzontem trudno zauważyć istotne zmiany od czasu ostatniej wizytacji. Na szklannych balkonach nie widać suszącej się bielizny czyli raczej nikt tam jeszcze nie zamieszkuje, a już na pewno żadna włoska rodzina. Przed głównym wejściem ustawiono natomiast pokaźnych rozmiarów pomnik konia. Na tym całkiem już nienormalnym rynku nieruchomości, oby nie okazał on się symbolem tego w co mogą być zrobieni lokatorzy. Czas pokaże, tak jak już pokazał ,że jednak budowniczowie Eugeniusza mieli rację nie ujawniając informacji o swojej budowie. Cóż z tego, że na tablicy informacyjnej w Mississaudze pojawiły się na początku jakieś liczby jak i tak okazały się nieprawdziwe. Natomiast na budowie w Brampton zaszły ostatnio spore zmiany. Pamiętamy ile długich lat potrzeba było by wyrosła z ziemi nawet nie wieża kościoła, ale choćby wrosły w nią fundamenty, co stało się zresztą powodem niewybrednych żartów o budowie kopalni, zazdrosnego  proboszcza z Mississaugi. Prawdziwym cudem jest więc teraz to, że w ciągu paru miesięcy tuż za świątynią pojawiły się dwa potężne budynki. Niedowiarki podejrzewają, że to górale po prostu do cementu dosypywali drożdży. Jednak ponieważ ma się mieścić w nich Dom Starców to prawdopodobnie tempo prac wynika tu raczej z tego, że pontencjalni lokatorzy są jednym z ostatnich pokoleń, które będzie stać na zapłacenie czynszu porównywalnego z czesnym na dobrej uczelni. Trzeba przyznać, że budowlańcom tupetu to nie brakuje bo wybrali sobie miejsce tuż za świątynią Kościoła Katolickiego, w którym zawsze nauczano, że zaniedbanie opieki nad swoimi rodzicami jest ciężkim grzechem. Tego, że zmieniły się przepisy a raczej przykazania w tej sprawie przecież nie ogłoszono.

Koko spoko

Nietrudno odnieść wrażenie, że Polska jest krainą nie tylko mlekiem i miodem ale też gwiazdami płynącą. Artystów, a szczególnie tych śpiewających mamy taką ilość, że większość kolorowych gazetek i telewizyjnych produkcji zajmuje się tylko ich problemami.  Dla nich jednak Polska to zaścianek, w którym nie docenia się ich wybitnych talentów. Przeważnie więc deklarują wyjazd za granicę, to znaczy do Ameryki, by zrobić prawdziwią karierę, nie zdając sobie chyba jednak sprawy z tego, że Jackowo i Greenpoint to już historia. Chociaż większość z nich to tylko „odtwarzacze” lecz mamy też równie wybitnych kompozytorów potrafiących nawet zmieniać kolor włosów do każego oratatorium. I tak oto nadszedł czas próby. Ojczyzna w potrzebie! Niestety, okazało się, że skomponowanie i wykonanie parominutowej przyśpiewki na największą,  po bitwie pod Grunwaldem masową imprezę w historii Polski przerosło możliwości tej całej plejady, jeszcze nie wzeszłych a już upadłych gwiazd. Jak to bywało w naszej historii od zawsze, z pomocą przyszło ludowe pospolite ruszenie. Dla gwiazd  to zwykły obciach i kopia rosyjskiej piosenki. Możliwe, ale jeszcze większym obciachem jest oglądanie tej piorącej publicznie swoje brudy celebryckiej „artstokracji”. Oni sami dość sprytnie unikają podejrzeń o plagiaty bo ich piosenki prawie niczym się nie różnią. W polonijnym programie „Na luzie” prezenterki często nadają nowości muzyczne z Polski. Oglądając to można pomyśleć, że trudno mieć gorszy gust. Ale spoko, to może nie gust tylko rzeczywistość polskiej muzyki rozrywkowej. Jakby tak udało się wymyśleć jakieś kryteria kogo można traktować jako artystę a całą resztę wysłać na przykład do prac drogowych, to spoko te parę kilometrów autostrady ze Strykowa do Warszawy udałoby się dawno już zbudować. Nie mówiąc o tym, że telewizja Trwam mogłaby nadawać spoko przez TVN, wykorzystując zwolniony  czas antenowy. Narazie musimy się zadowolić nalewką z jarzębiny, lecz dobrze że chociaż ona jest.

Energia z Facebooka

„Dobrze wpływa na ludzką psychikę, niezadowoleni z życia albo cierpiący z braku pewności siebie gromadzą dzięki niemu rezerwy energii społecznej„. Nie, to nie o wpływie północno-koreańskiego wodza na szczęście narodu, ale opinie amerykańskiej psycholog z Uniwersytetu Michigan o Facebooku. Wypociny raczej sponsorowane bo akurat głównym pragnieniem uzależnienionych od tego wynalazku Marka Zuckenberga, których jest już całkiem sporo, jest to by mieć jak najwięcej „friends”. Czy widząc jednak, że taka Gaga ma ich więcej nie łatwiej jednak wpaść w depresję, niż zgromadzić energię, do tego jeszcze społeczną. Jak się zna facebookowca to można się przekonać, że ludzie którzy nie darzą się w „realu” sympatią tu są przyjaciółmi. Bo statystyka jest najważniejsza, a ponadto na  zaproszenie do grona „friends” trudno odpowiedzieć tak wprost po polsku „spieprzaj dziadu”. Tu raczej obowiązuje kultura i nawet dość przygłupie komentarze, których jest tu  najwięcej „lajkuje” się klikając na znaczek z kciukiem do góry. Pomysł chwycił więc teraz pora by zrobić kasę. Wartość Facebooka oszacowano zależnie od źródeł na 50 a nawet 100 miliardów!!! dolarów. Zwariował ten Zuckenberg czy co? Niekoniecznie, bo posługuje się dość prostym wyliczeniem. Każdy bawiący się w tą komputerową grę wart jest $100, a konkretnie informacje jakie umieszcza tam o sobie, a na które chętnych nie brakuje. Jednak z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że jak wystarczająca ilość graczy kliknie na „kciuk do góry”  deklarując zakup akcji to wkrótce ktoś pokaże im inny paluszek sierowany w górę. Środkowy. Może zamiast akcji Zuckenberga lepiej kupić na przykład piosenkę Neila Younga „Sugar Mountain”. W przekładzie znaczy to samo i też dobrze wpływa na ludzką psychikę.

Tajemnice (nie tylko) Ordonki

Zrobić dobry spektakl teatralny z udziałem tylko dwóch osób nie jest łatwym zadaniem. Jedynym sposobem by nie uśpić widzów jest ciekawy scenariusz i dużo trudniejsza niż w wielosobowych sztukach gra aktorów. W przygotownym przez działający w Toronto Salon Poezji, Muzyki i Teatru, przedstawieniu „Tajemnice Ordonki” udało się jednak połączyć to wszystko razem. Maria Nowotarska i Agata Pilitowska tworzące znany nie tylko wśród kanadyjskiej Polonii aktorski duet, sztukę napisaną przez Kazimierza Brauna zagrały po mistrzowsku. Świetne aranżacje piosenek przygotowane przez Jerzego Boskiego i  pasująca do całości scenografia przyczyniły się do pełnego sukcesu. Trzeba było być na tym przedstawieniu aby zrozumieć dlaczego mające się odbyć wkrótce po nim dwa spektakle z Polski zostały przez organizatorów czym prędzej odwołane. Ale to nie wszystko bo już parę dni po spektaklu polonijni telewidzowie mieli okazję dowiedzieć się, że Maria Nowotarska nie tylko znakomicie gra ale i gotuje. A tajemnicę tą zdradził widzom  prawie, że polonijnego, bo realizowanego przez Adę Młostek i Irminę Somers programu „Look I Cook”, jej wnuczek Tomek. Robiący karierę w Kanadzie pod „kryptonimem” Tommy Hollywod, w drodze do studyjnej kuchni City TV  wpadł do niej po poradę. Niestety ale potem wszystko mu się pomieszało i zamiast polskiego przepisu namieszał jakiejś pasty po włosku. Cakiem jak w to Hollywood.

Championi Kiepurze

Marsz trębaczy zdawał sie nie mieć końca. Ponieważ niedawno został we Wrocławiu pobity kolejny rekord Guinessa w zagraniu na parę tysięcy gitar hendrixowskiego „Hey Joe” wyglądało na to, że na tym koncercie padnie jakiś rekord z Armstronga. Ostatecznie odtrąbili Aidę. Szkoda tylko, że sztywne trzymanie się realiów tamtej epoki, w której nie było jeszcze elektryczności pozbawiło ten ciekawy pomysł mocy wyrazu. Oczywiście operowy marsz był tylko krótkim fragmentem koncertu Andrzeja Rozbickiego i jego orkiestry tym razem poświęconego polskiemu tenorowi Janowi Kiepurze. Na zorganizowanym z rozmachem widowisku  był obecny osobiście syn Kiepury, a telefonicznie jego żona Marta Eggerth. Szkoda tylko, że tak mało było samego Kiepury. Oczywiście śpiewano jego piosenki i ulubione arie, lecz brakowało trochę choćby krótkiej łączącej je w całość narracji, tak jak to zrobiono właśnie w  „Tajemnicach Ordonki”. Oczywiście koncert to nie spektakl teatralny, lecz większość arii śpiewanych przez Kiepurę wykonywali prawie wszyscy tenorzy i ułożenie programu w jakieś chronologii z krótkim komentarzem na pewno bardziej przybliżyłoby publiczności jego postać. Oprócz dobrze znanych publiczności wykonawców w koncercie wystąpiła polonijna wokalistka Kasia Kacała. Był to jej debiut, zresztą bardzo udany, z Celebrity Symphony Orchestra. Wygląda, że przybył nam kolejny wielki talent i jeśli chodzi o polską kulturę to stajemy się już prawie samowystarczalni. Jeśli artyści w Polsce podnieśliby i tak wysokie ceny to spoko damy sobie tu doskonale radę. W imponującym finale cały 150 osobowy zespół po mistrzowsku wykonanał, bo jakże by inaczej, przebój „We are the champions”. Czyli sprawy idą w dobrym kierunku, bo tak naprawdę odtwarzanie ciągle tych samych „spaghetti arii” nowych fanów naszemu maestro Andrzejowi Rozbickiemu nie przyniesie. W 1969 roku w Londynie miał miejsce wspólny koncert Royal Symhonic Orchestra i grupy Deep Purple. Dla popularyzacji muzyki poważnej wśród młodzieży zrobił on więcej niż setki wykładów. A jakby coś podobnego zagrać tu w Toronto, przecież dr Andrzej Rozbicki jest również pedagogiem. Wprawdzie to zadanie dla mistrzów ale wszyscy słyszeli jak w sobotę 12 maja z całym swoim zespołem śpiewał on: „we are the champions”.

Konfitury z Dżemem czyli Jarocin w PCK

Kanadyjskie konfitury i polski dżem tak zapowiedział ten koncert polonijny wodzirej Krzysztof Jasiński i trudno chyba byłoby tu znależć lepsze określenie. W muzyce otwierającego koncert Tony Springera  były jednak  jak to w konfiturach może nieliczne, ale smakowite kawałki. Zespół Dżem okazał się taką zmieloną papką, nie „Jam”, lecz zwykły dżem. Ci którzy uwierzyli plakatowi i przyszli posłuchać bluesa na pewno się zawiedli. Około 30 lat temu Polska była prawdziwą bluesową potęgą. Breakout, Krzak, Kasa Chorych, Nocna Zmiana Bluesa czy Silesian Blues Band to tylko niektóre z licznych wtedy zespołów grających tą muzykę. Legenda dość przeciętnego w porównaniu a nimi Dżemu powstała dlatego , że wokalista zespołu przegrał z narkotykami. Jednak po latach chyba tylko właśnie Dżem ciągle występuje a dlatego, że jest jednym z nielicznych polskich zespołów nie przypominającym modnych teraz „boysbandów” był często zapraszany do otwierania koncertów takich sław jak AC/DC, Eric Clapton czy ZZTop. Szczególnie mocno musiał zauroczyć ich ZZTop bo jak widzieliśmy w Mississaudze basista do dziś przebiera się za jednego z teksańczyków. Sporą atrakcją koncertu była sama publiczność, która odegra na żywo sceny z festiowalu w Jarocinie. Rzucanie się ze sceny na kłębiący się pod nią tłum jest równie widowiskowe co też niebezpieczne, i raczej wymaga stosowania  „dopalaczy”. Chyba nasze Polskie Centrum Kultury nie bardzo sobie  z organizacją takich imprez radzi. Tylko gdzie je robić jak mieszkańców Mississaugi na przyjazd do miasta namówić jest bardzo trudno a Living Arts Centre zdziera z naszych impresariów niemiłosiernie.

Komu przeszkadza gwiaździsty sztandar

Wiadomość z pierwszej strony polonijnego tygodnika Goniec „Unijna flaga wisząca obok naszych barw to bezprawna uzurpacja”. Prawdopodobnie redakcja pragnie w ten sposób pożartowć z różnych pseudopatriotów porównujących Unię do III Rzeszy. A przecież Polska w Unii Europejskiej to chyba jeden z najlepszych okresów w naszej ponad tysiącletniej historii. Zawsze najlepiej nam się wiodło będąc w różnych uniach a w największe tarapaty wpadaliśmy osamotnieni. Jednak jaką w dzisiejszej Unii będziemy mieli pozycję to już zależy tylko od jakości naszych przedstawicieli. Niestety dokąd będą nas reprezentować tam tacy jak parodysta Siwiec czy Ziobro, którego jakość bardzo trafnie ocenił kiedyś tow.Miller, trudno czegokolwiek oczekiwać. Poza tym nie wiadomo dlaczego większość polskich europosłów biorąc wypłatę w Brukseli żyje tylko problemami swoich partii w kraju. A cała ta flagowa sprawa z powodu obchodzonego 2 maja Dnia Flagi, do której my Polacy mamy bardzo specyficzne podejście. Jakoś ciągle nie potrafimy się wyrwać z komunistycznych nawyków kiedy rozporządzeniem ustalano kiedy, kto i na ile może wywiesić swoją własną przecież flagę.  Polka zwiedzająca Toronto wzięła portugalski bar za ambasadę tylko dlatego, że powiewała nad nim flaga tego kraju. W Polsce za udekorowanie narodowymi barwami knajpy, domu czy smażalni można trafić nawet do sądu. Skutkiem tego są potem sztubackie wybryki wojewódzkich autortetów moralnych. Teraz pseudopatriotom używających czasami też ksywy „prawdziwy Polak” zaczęło przeszkadzać towarzystwo flagi unijnej, lecz jednocześnie nie przeszkadza im to, że mogą nie tylko swobodnie podróżować po całej Europie, ale też uczyć się, pracować i korzystać z pomocy socjalnej  wszędzie gdzie taka flaga wisi obok własnej narodowej. Nie mówiąc już o różnych dopłatach, którymi nie gardzą nawet w Toruniu, z którego chyba najbardziej ujadanie na tą Unię słychać. Nam o urokach podróży po kontynencie podzielonym żelazną kurtyną ciągle przypominają przejścia graniczne do bratniego USA jak i z powrotem, dlatego może bardziej potrafimy docenić europejskie przemiany.

6 komentarzy

kwi 05 2012

Cud w Oakville

Cud w Oakville!

 

Pewna działaczka parafialna zaraz wyjściu z kliniki gdzie zrobiła sobie operację plastyczną zginęła potrącona przez samochód. Spotkawszy w niebie samego Boga zapytała: jak mogłeś mi to uczynić? Przepraszam, ale po prostu nie poznałem ciebie, odpowiedział jej Wszechmogący.

Edytę poznał i nie zawachał się ani chwili by uczynić dla niej cud. Poznał, bo ona jest zawsze sobą, a uczynił cud bo podoba Mu się to co ona czyni i uznał, że ma tu jeszcze dużo do zrobienia. Edyta Tobiasz od wielu lat poświęca swój czas na pracę społeczną w Ogniwie 13 – Federacji Polek w Kanadzie. To między innymi dzięki niej i jej koleżankom uśmiech gości częściej na twarzach polskich dzieci i tu i w Polsce. Warto im pomóc w tej działalności jeśli nawet nie z potrzeby serca to dla własnego dobra bo popiera je jak widać Ktoś bardzo, bardzo wysoko. Dla wątpiących w cud zdjęcie z miejsca wypadku, w którym przyczepa zmiażdżyła samochód Edyty. O tym jak działalności Ogniwa 13 można uzyskać informacje na stronie www.federacjapolek13.ca

 

 

Ściema „W ciemości” czyli Holland w Hollywood.

 

Spacerujący po ulicach elegancko ubrani Polacy obserwują powitanie wódką i ciastem,wychodzących z kanałów Żydów. Prawie sielankowy krajobraz, nawet czerwonoarmiści są tu jak malowani. Tak w filmie „W ciemności” wygląda Lwów zaraz po wejściu sowieckich wojsk. Dla polskiego widza oczywista ściema, lecz dla amerykańskiego wcale niekoniecznie. Tematyka Holokaustu już dwukrotnie pomogła w zdobyciu Oskara. W tym przypadku chyba od początku zakładano, że film ten zostanie też  nim nagrodzony. To, że w Hollywood najważniejsze decyzje podejmują ludzie pochodzenia żydowskiego nie jest żadną tajemnicą, w końcu to oni zbudowali tu amerykański przemysł filmowy. Trzeba też przyznać, że decyzje te są w większości przypadków raczej dość sprawiedliwe, czego niestety przykładem może być porażka filmu Agnieszki Holland.

Również w Polsce najbardziej znani twórcy filmowi przyszli na świat w rodzinach pochodzenia żydowskiego. Są wśród nich artyści wybitni, jak również ci zbierający punkty za pochodzenie. Do tych pierwszych na pewno należy Roman Polański, do drugich chyba jednak niedawna pretendentka do hollywódzkiej figurki. Pomimo ambitnego celu, dobrego scenariusza i szczodrego finansowania od polskiego rządu powstał rozwlekły, czasami aż nudny film. Reżyserka dość orginalnie podeszła też do dialogów. Są sceny gdzie każdy aktor mówi innym językiem (niemiecki, hebrajski, polsko-lwowski i ukraiński). I chociaż wygląda, że wszyscy się doskonale rozumieją to widzowie jednak czują się trochę jakby oglądali reportaż z budowy wieży Babel. Film nie ułatwia zrozumienia, szczególnie amerykańskiemu widzowi tamtych czasów i dość skomplikowanych polsko-żydowskich stosunków, które są przedstawiane tylko z jednego punktu widzenia. Niestety ciągłym tabu jest sprawa licznego udziału wielu właśnie takich uratowanych przez Polaków Żydów w zbrodniach stalinowskiej bezpieki, do czego nikt ich przecież wtedy nie zmuszał. Pomijanie tego co wydarzyło się po Holokauście jest chyba główną przyczyną, że do dziś polsko-żydowskie „sąsiedzkie” stosunki są ciągle dalekie od poprawności.

W tym roku z pewnością będziemy mieli powtórkę z Oskara, bo Andrzej Wajda, któremu na pewno bliżej do Polańskiego niż Holland kręci film o Lechu Wałęsie, gdzie akcja ma się zakończyć na 1989 roku. Mamy tu podobny problem, bo wiele można wybaczyć Wałęsie sprzed tej daty, ale nie tego co wyczyniał potem. Nie mówiąc już, że wyrządza mu się tak naprawdę niedzwiedzią przysługę bo już trochę zapomniany, teraz znów zwaśni naród i kto wie czy ktoś mu jednak nie udowodni tego rejsu motorówką.

 

Hoffman znowu nadaje!

 

Jeszcze niedawno pytaliśmy „gdzie jest Hoffman?”. Już wiemy! Jak J-23, znowu nadaje! Od trzaśnięcia drzwiami w „siódemce” do otworzenia ich w nowym studiu radia „Puls” minęło parę miesięcy ale 2 kwietnia o godz.2 po południu miała miejsce premierowa audycja nowego polonijnego radia założonego przez Piotra Hoffmana i Jacka Łasińskiego. Jak widać waśnie chociaż sporo burzą są też czasami impulsem do zbudowania czegoś nowego. Radio nadaje w eterze na fali 770 AM od poniedziałku do piątku w godzinach od 2 do 3 po południu, a w internecie na www.radiopuls.ca dwie godziny dłużej.

Jednocześnie ukazał się nowy tygodnik o tej samej nazwie stanowiący uzupełnienie audycji radiowej. Tak więc teraz mamy w Toronto i okolicach 5 godzin polskojęzycznych audycji radiowych w ciągu dnia plus 2 godziny wieczornych programów religijnych. Ilości wydawanych bezpłatnych tygodnikow nikt nie podjął się policzyć.

 

Prognoza pogody czyli Polacy w nowym świecie

 

Jeden chociaż urodzony w Kanadzie pasjonuje się polską historią. Drugi przyjechał do Kanady stosunkowo niedawno i zafascynował się tutejszymi krajobrazami.

Wydana przez Edwarda Zawadzkiego po angielsku i po polsku książka „Polacy w Nowym Świecie” przedstawia sylwetki 50 osób pochodzenia polskiego, które zaistniały w północno-amerykańskiej historii. Doskonały prezent dla kanadyjskich znajomych, jak również pouczająca lektura dla nas samych bo na pewno nie o wszystkich tam wymienionych słyszeliśmy. Jedno ze spotkań promocyjnych autor, były sportowiec a obecnie dziennikarz zorganizował w parafii Matki Boskiej w Toronto, gdzie jak się okazało nawet był ochrzczony. Trzeba przyznać, że ten historyczny polski kościół skazany przez niektórych polskich księży na zagładę chociaż sam ciągle potrzebuje pomocy, nie odmawia jej jednak nikomu. Dodatkowych informacji oraz zakupu książki można dokonać poprzez stronę internetową www.polesworld.com.

Andrzej Maciejewski, którego wystawy gościły w Toronto przez cały marzec, fotografii nauczył się w Warszawie a po osiedleniu się w nowym świecie wykorzystał swoje umiejętności do przedstawiania przede wszystkim tutejszej przyrody. Najsłynniejszym jego dziełem wystawianym w wielu galeriach jest cykl „Weather Report”. Praca ta dokumentuje zmiany krajobrazu w jednym miejscu na przestrzeni całego roku.

Do realizacji swego dzieła autor skonstruował specjaną kamerę, która w dobie cyfrówek sama w sobie stanowi też dzieło sztuki.  Więcej informacji o artyście i jego projektach można znależć na stronie www.klotzekstudio.com.

 

 

Tramwajem po Eglinton

 

Pewnym wytłumaczeniem tego, że komunikacja miejska w amerykańskich miastach znacznie obiega swoim poziomem od tej w europejskich jest to, że do niedawna nikt tu nie traktował poważnie innego środka transportu oprócz własnego samochodu. Jednak rabunkowa urbanistyka zrobiła swoje. Tysiące wybudowanych osiedli bez żadnej inwestycji w drogi spowodowało, że teraz z zazdrością patrzymy jak można się poruszać po Londynie czy Paryżu nawet bez własnego samochodu. Największym problemem jest tu jednak to, że decyzje podejmują politycy, którzy już dawno stracili kontakt z rzeczywistością. Dla tych rozsądniejszych, ale niestety nielicznych jedynym rozwiązaniem jest metro. Chociaż czasami o nim się mówi to pieniądze i tak są marnotrawione na zupełnie idiotyczne trasy tramwajowe. Tak zniszczono St.Clair Avenue West i Roncesvalles Avenue. Teraz wygląda na to, że przyszła kolej na Eglinton Avenue West. Każdy kto wie jak wygląda ta ulica wie też, że tylko kompletny dureń może rozważać ułożenie na niej torów. Wie to też burmistrz Ford ale chociaż należy do tych rozsądniejszych to przeciwko sobie ma potężne związki zorganizowanej przestę…no powiedzmy… przedsiębiorczości, zwane zawodowymi. Chociaż właściwie po co owijać w bawełnę. Czy terroryzownie mieszkańców, wymuszanie haraczy (czyli wziętych z sufitu podwyżek dla siebie) i działanie na szkodę społeczeństwa i własnego zakładu pracy, nie jest przestępczością? A tak właśnie działa większość związków zawodowych. W tym przypadku może chodzić o to by związkowcom dość prostej roboty polegającej na układaniu torów długo nie zabrakło, bo budowa metra może już przekraczać ich kwalifikacje. Dla ogłupienia mieszkańców tramwaje nazywa się tu Light Rail Vehicle (LRV) czyli lekki pojazd szynowy, a cały projekt Light Rail Project. Może lżej będzie dzięki temu znieść głupotę radnych. Sprawą zainteresował się nawet polskojęzyczny program telewizyjny „Z ukosa”, w którym pewien agent ubezpieczeniowy zaproponował by budowę metra finansować z prywatnych środków, tak jak płatną autostradę 407. Czy nie lepiej aby realizatorzy zamiast swoich znajomych zapraszali do wypowiedzi na poważne tematy kogoś z decydentów. Nawet jeżeli będą też pleść głupoty poznamy przynajmniej tych, na których nie powinniśmy nigdy głosować. Żeby wilki (związki) były syte i owce (mieszkańcy) całe najlepszym rozwiązaniem byłby chyba tramwaj jeżdzący na powierzchni i wybudowanie tunelu dla samochodów pod ulicą.

 

Orka zamiast szału

 

Zanosi się na to, że kabaret stanie się dość drogą rozrywką w Polsce, bo aby zobaczyć dobry program oprócz biletu wstępu trzeba będzie kupić bilet lotniczy do Toronto. Z jednej strony możemy się cieszyć, że tu wśród kanadyjskiej Polonii na przedmieściach Toronto wyrósł nam tak dobry kabaret „Pod Bańką”, lecz niepokojący jest stan sceny kabaretowej nad Wisłą, najlepszej kiedyś w całym Układzie Warszawskim. Bańka jak zwykle nie zawiodła ale Koń Polski, którego zwabiła do Toronto, chociaż może i lepszy od znanych u nas Dańca, Kryszaka i Grabowskiego razem wziętych, obiecanego szału na widowni raczej nie wzbudził. Zamiast tego była taka zwykła orka. Jednak czy niecałe 100 metrów od kościoła i to w wielkim poście szaleństwa przystoją? A tak obyło się bez pokuty.

 

Samo życie

 

Trwamy przy stanowisku, że odprawianie mszy polowej na różnego rodzaju piknikach to nic innego jak robienie sobie jaj z religii. Jednak w święta wielkanocne o wyższości, których  nad świętami Bożego Narodzenia przekonywał sam profesor Jan Tadeusz Stanisławiski bez jaj ani rusz. Tylko, że muszą być one poświęcone. W okresie przedświątecznym polskie gazety tradycyjnie publikują informacje gdzie i kiedy można je w tym celu przynieść do kościoła. Chociaż zdarzają się wyjątki, bo oto jedna z dziesiątek zalegających u drzwi sklepów gazetek na taką prośbę odpisała tak: „Czy to jest prośba o publikację? Bo my tu innowiercy jesteśmy, Robert Jehowy, ja podobno Żyd, a Artur gnostyk więc siłą rzeczy za publikację pobieramy stosowne opłaty, także ze święconej strony.” Oczywiście, wiemy doskonakle, że wolność naszej polonijnej prasy polega na dowolności cen za jaką są umieszczane tam ogłoszenia. Jednak tak się składa, że informacje o wielkanocnej święcące potrzebne są właśnie tym „żydowskim, jehowym i gnostyckim” Polakom, którzy dwa razy w roku wcale nie z powodów religijnych ale naszej tradycji przełamują się z rodziną i przyjacółmi święconym jajkiem czy opłatkiem. Jeżeki oczywiście nie są radykalnymi fanatykami. Tym co chodzą do kościoła informacje takie wcale nie są potrzebne. Odrębną ale chyba nawet ważniejszą sprawą jest to, że obojętnie czy gazetka taka wydawana jest przez Jehowego, Żyda czy gnostyka istnieje ona tylko dzięki pieniądzom Polaka katolika.

 

Wesołych Świąt

 

Z okazji Świąt Wielkanocnych wszystkim czytelnikom i sympatykom w kraju i zagranicą składamy serdeczne życzenia smaczego jajka i tradycyjnego dyngusa. Dla wszystkich innowierców publikujemy terminarz święcenia jaj wielkanocnych w Wielką Sobotę, jakby zechcieli jednak polską tradycję uszanować. W kościele: św. St. Kolbe 9:00-17:00 (4260 Cawthra Rd. Mississauga) , św. Kazimierza 11:00-16:00 (165 Roncesvalles Av. Toronto), Matki Boskiej 13:00-15:00 (19965 Davenport Rd. Toronto) , św.Teresy 10:00-16:00 (123 11th St. Etobicoke) , św.St.Kostki 10:00-16:30 (12 Denison St. Toronto). Nie jesteśmy pewni czy u św. Eugeniusza de Mazenod odbędzie sie święcenie bo jak wynika ze strony internetowej parafii jeszcze obchodzą tam Boże Narodzenie.  Wesołych Świąt!

13 komentarzy

lut 19 2012

Napruci winem i palący jakieś zioła

Sprawa Doroty R.

 

Polskie media  w dniu 16 stycznia 2012 podały: „Dorota Rabaczewska musi zapłacić 5 tyś. zł grzywny za sugerowanie, że autorzy Biblii byli „napruci winem i palili jakieś zioła”. Wyrok nie jest prawomocny”.  Chociaż są tacy, dla których prawo i sprawiedliwość tu zatriumfowała to tak naprawdę raczej się, po raz kolejny skompromitowała. To że w czasach biblijnych picie wina i palenie różnego rodzaju ziół było dość popularną nie tylko rozrywką ale też rytuałem jest raczej faktem historycznym. Z Biblii zresztą wiemy, że gdy napoju tego zabrakło na pewnym weselu to wyproszono nawet cud. Tak wtedy jak i teraz po różne używki sięgali najczęściej artyści, szukający inspiracji dla swojej twórczości. Nie można więc całkowicie wykluczyć, że autorzy Biblii podczas jej pisania mogli delektować się winem wdychając przy tym dym z różnych kadzideł. Skąd więc to całe zamieszanie, które najpopularniejszą polską piosenkarkę Dodę przemieniło w Dorotę R. podejrzaną, osądzoną i skazaną przez polski wymiar prawa i sprawiedliwości? Chyba tylko stąd, że powiedziała to po swojemu,  za co w imieniu Rzeczypospolitej otrzymała wyrok relatywnie nawet surowszy niż Kiszczak , który za „kierowanie grupą przestępczą o charakterze zbrojnym” oberwał dwa lata w zawieszeniu. Prawdopodobieństwo, że ten 86 letni „mafiozo” popełni przestępstwo, za które będzie można mu wyrok  „odwiesić” jest raczej zerowe, a u Dody ubytek 5 tysięcy złotych może spowodować  spożywanie gorszego wina i wpłynąć przez to na poziom jej artystycznej twórczości. Przykładów, że u artystów różne używki czasami wspierają ich talent jest dość sporo. Niestety równie sporo moglibyśmy znaleźć dowodów, że u i tak często dość tępych urzędników powodują one jeszcze większe otępienie czyli mówiąc wprost, głupotę. Tak się stało i tym razem. Główne role w tym żałosnym spektaklu grali broniący Polaków przed sektami Ryszard Nowak, senator PiS Stanisław Kogut i orzekająca w imieniu Rzeczypospolitej sędzina Agnieszka Jarosz. Ci fałszywi obrońcy wartości chrześcijańskich spowodowali to, że młodzież jeśli nawet uda się ją nakłonić do czytania Biblii to przy pierwszej napotkanej wątpliwości zacytują Dodę. Bez sądowej farsy nikt by już słów Doroty R. nie pamiętał. A tak dorabia się nawet do nich interpretacje z pogranicza filozofii. Szymon Hołownia z tygodnika Newsweek nie chcąc widocznie się ośmieszyć lub narazić się naczelnemu, wyskrobał tam coś takiego: „Doda nie została skazana za Biblię, ale za elementarny brak wrażliwości na potrzeby jej współobywateli, jak również za bolesną ignorację w zakresie kultury i literatury” (Newsweek nr 5 z 30 stycznia 2012) . Gdzie tu sens i logika gdy wrażliwi współobywatele widząc zdjęcie Dody na okładce  brukowca reagują wykupieniem nakładu. Jeżeli mamy natomiast Biblię traktować jak zwykłą  literaturę na równi z „Panem Tadeuszem” to dlaczego doszło do tego procesu?

Czy polska artystka uda się więc na emigrację  jak kiedyś irański pisarz, który musiał stamtąd uciekać za podobne „przestępstwo”? Raczej wątpliwe bo tam gdzie chętnie by ją za jej „przestępstwo” przyjęli musiałaby nosić burkę, a tak się składa że współobywatele są w jej przypadku najbardziej wrażliwi na to co nie może być przecież pod nią ukryte.

Jednak podejrzenie, że wyżej wymienieni urzędnicy  w czasie wykonywania obowiązków służbowych byli napruci winem i palili jakieś zioła jest jak najbardziej uzasadnione. 

 

Pod Bańką na bańce 

 

Waciakowa zwana też Papierzycą kabaretu otwierając 15 polonijny kabareton wyznała, że podczas odbytych już czternastu wypito za kulisami jakieś 200 litrów alkoholu. A ponieważ Waciakowa też pali to możnaby powiedzieć, że przez te  lata byli napruci i palili jakieś zioła. Jednak kabaret „Pod Bańką” chociaż bywa „na bańce” to z każdym rokiem potrafi zaskoczyć publiczność coraz lepszym programem i świetnymi pomysłami. Jedyną ich wadą jest to, że nie dzielą się winem z innymi kabaretami, które może właśnie dlatego dość znacznie odbiegają od nich poziomem. Chociaż trzeba przyznać, że na trzeźwo oceniając swoje możliwości  w swoich nazwach ukryli wiadomość, że: „Po ósmej” już nie wiadomo „O Co Chodzi”. Jubileuszowy kabareton szczególnie w piątkowy wieczór okazał się jednak trochę przydługim, przez co chwilami dość nudnym maratonem i trzeciej części, w  której miał wystąpić „gwóźdż programu” kabaretKlika” publiczność nie dotrwała w komplecie. Jednak ci co wytrwali tuż przed programem „Kliki” mogli zobaczyć występ Irminy Somers. Ta utalentowana wokalistka a także popularna  reporterka telewizyjna okazuje się być również wyśmienitą pianistką a wykonany przez nią przy własnym akompaniamencie utwór Johna Lennona był na pewno jednym z najlepszych tego wieczoru i warto było dla niej powiercić się na krześle parę godzin dłużej. Niestety gwóźdź programu okazał się mocno stępiony. „Klika” potraktowała nas jak kiedyś „Elita” (czytaj: prawda.ca z 15 listopada 2006). Program złożony w większości ze starych dowcipów sugerował, że goście z Polski nie mieli wiedzy o tym, że polska prasa do nas tu regularnie dociera. Ponadto teksty typu, jak wygląda Kaczyński w spodniach Giertycha, były często dość żenujące. Zresztą panowie Sobczak i Szpak, którzy szczycą się tym że „okładają” wszystkich po równo, czasami w tej równości przesadzają. Parę lat temu nie tylko dowodzili, że płk.Kukliński był zdrajcą ale też zaciekle bronili sowieckiego sztandaru z sierpem i młotem (czytaj: „Sztandar z narzędziami” prawda.ca z 4 maja 2007.) Czyżby spłacali wtedy swój dług wdzięczności za to, że mogli robić karierę w PRL?

 

Szyfranci z Omegi

 

Czy pracownicy firmy Omega sprowadzającej do Kanady artykuły spożywcze z Polski byli napruci winem i palili jakieś zioła ? Niewiadomo, ale  faktem jednak jest, że zaszyfrowanej daty przydatności do spożycia, na opakowaniu ze słodyczami na trzeżwo odszyfrować się nie da. Cała sprawa musiała być warta świeczki  bo zadano sobie nawet trud zamalowania orginalnej daty. Znajomy szyfrant po wielu próbach stwierdził, że do złamania kodu trzeba być jednocześnie i alfą i omegą. Niestety ale hurtowni o nazwie Alfa nie udało się nam znależć. 

 

 

Ratujmy polski kościoł!

Kolejnym celem biskupów stała się polska parafia w Sydney w kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja. Kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny stanowi tam prężny ośrodek nie tylko religijny ale i polskiej społeczności. Decyzją tamtejszej diecezji na krótko przed stuleciem jego istnienia ma zostać zamkniety. Sytuacja bardzo podobna do tej z Toronto, gdy próbowano zlikwidować parafię pod takim samym wezwaniem. Sprawa dość ciekawa bo gdzieś w tamte strony został zesłany biskup, który skompromitował wtedy siebie, diecezję i  Kościół. Czy w tych niełatwych dla chrześcijaństwa czasach Kościołem muszą kierować ludzie, których decyzje sprawiają wrażenie jakby byli oni napruci winem i palili jakieś zioła? Można wystąpić do posłów federalnych o zablokowanie dostaw wina i ziół do diecezji w Antigonish lub pomóc też rodakom poprzez podpisanie petycji na stronie www.savethepolishparish.com  

 Telewizja trwa 

Czym się różnią audycje nadawanego w stanie wojennym radia „Solidarność” od audycji telewizji „Trwam”? Chyba tym, że wtedy mówiono, iż Polską rządzą zdrajcy i pachołki Rosji, a teraz goście zapraszani do toruńskiej stacji twierdzą, że Polską rządzą zdrajcy i pachołki Rosji, Niemiec i Brukseli, no i też Waszyngtonu. Jednak wtedy nikomu z działaczy Solidarności nie przyszłoby do głowy by żądać od  radiokomitetu  przywilejów dla swojego programu. Inaczej ma się sprawa z telewizją „Trwam”. Pomimo, że opluwany reżim nie odbiera im niczego co mają, to chcą jeszcze więcej. Ludzie, których toruńscy ojcowie wysłali na ulice  nie mając pojęcia o tych różnych cyfrowych multiplekasch histeryzują  jakby chciano tą stację zamknąć. Przykładem jakości, a co najważniejsze obiektywności nadawanych tam programów może być choćby  wywiad mający udowodnić, że Jaruzelski był obywatelem ZSRR ponieważ został w 1984 roku oznaczony orderem Lenina, a potem całą sprawę próbował ukryć przed polskim społeczeństwem. Wydawało się, że gość  toruńskich ojców prof. Szaniawski, ma jednak więcej oleju w głowie. Nie chodzi tu o to aby Jazurelskiego w jakiś sposób bronić ale czy to, że nie chciał się on tą broszką za bardzo chwalić w Polsce, nie przemawia jednak na jego korzyść? Opinia społeczeństwa w tamtych czasach i tak nie miała żadnego znaczenia a profesor jeżeli nie cierpi na sklerozę i to powinien wiedzieć, że dzień w którym odmówiłby on przyjęcia tego orderu byłby ostatnim jego dniem może nawet nie tyko na zajmowanym stanowisku. Musiałby gerallissimus być nieżle napruty winem i napalić się jakichś ziół aby zdobyć się na takie bohaterstwo, a niestety jak wiemy podobno jest abstynentem.  Czy stacja nadająca podobne bzdury powinna więc dostać jeszcze większe przywileje?

 

Lody dla ochłody

 

Na salonach warszawki zabrakło chyba wina i ziół bo zasmakowano tam w lodach. Ponieważ tego rodzaju towarzystwo najbardziej lubi coś na tak zwany „krzywy ryj” upatrzyli sobie więc Grycanki, które za udostępnienie  lodowej masy uzyskały dostęp do mas. Mama i córki, z których najcięższa chce zostać tancerką (mamy nadzieję, że nie na lodzie) stały się powodem celebryckiej euforii. Kucharka Gesslerowa zaczęła nawet coś bredzić, że podobają się prawdziwym mężczynom, chociaż największy zachwyt wzbudziły one w miłośniku raczej męskich wdzięków Tomaszu Jacykowie. W polskim supermakecie w Mississauga też pojawiły się grycanowe lody. Tym razem na opakowaniu widniała już data przydatności do spożycia więc bez ryzyka można było je spróbować.  Niestety, ale do tych z „Zielonej Budki” to się nie umywają, a sądząc po smaku mogą być nawet przyczyną nadwagi producentek. Dopiero później dodarło do nas to, że kupiliśmy je tylko dlatego bo gdzieś o Grycankach czytaliśmy. I o to chyba w tym wszystkim chodzi. Szkoda tylko, że krzywda jaką wyrządziło się przy okazji tym dzieciom potrwa dłużej niż zabawa celebrytów w lodziarni.

 

 naLOT na krzyżyk

 

Czy w sytuacji gdy zdarza się korupcja w samym Watykanie, a biskupi starają się likwidować parafie może dziwić to, że polskie linie lotnicze próbują zlikwidować medaliki z pierwszej komunii? Nasz narodowy przewożnik, którego nazwa na zagranicznych lotniskach znaczy „Late Or Tomorrow” ograniczając spożycie trunków pasażerom,  osiągnięte nadwyżki przekazał widocznie swoim urzędnikom. Ci zaś napruci i może nawet palący jakieś zioła postanowili wizerunek firmy poprawić poprzez likwidację symboli religinych w ubiorach personelu. Oczywiście wiadomo o jaki symbol chodzi bo raczej nikt nie spotkał stewardessy LOT-u noszącej łańcuszek z gwiazdą Dawida lub półksiężycem. Uchwała jest jednak dyskryminacyjna, bo nie obejmuje zakazu posiadania takich symboli przez pasażerów. Dla jeszcze lepszego działania linii lotniczej powinno się też zainstalować kamery nad fotelami bo spora część pasażerów przed startem wykonuje przecież różne religijne gesty. Usunięcie ich z samolotu miałoby wymierne korzyści w postaci mniejszego zużycia paliwa. Chociaż co tam paliwo gdy wiadomo, że polski pilot może latać nawet na drzwiach od stodoły. Lecz jednak gdy stodołą tą zarządzają napruci winem i palący jakieś zioła urzędasy to nawet Wrona nie pomoże. 

 

 

Podziękowanie.

Dorocie Rabaczewskiej znanej jako Doda, Doda-Elektroda lub ostatnio Dorota R, dziękujemy za inspirację przy redagowaniu niniejszego wydania prawda.ca.

 

 

16 komentarzy

sty 27 2012

Aloha – znaczy też „uważaj”!

Prawie idealny klimat, bujna tropikalna roślinność, malownicze krajobrazy, a przy tym brak różnego rodzaju jadowitych czy drapieżnych stworzeń. Nic dziwnego, że te parę wysp leżących na samym środku Pacyfiku uważane są za prawdziwy raj na Ziemii. Czy jednak jak zaraz po przybyciu na rajskie terytoria jego mieszkańcy (anioły?) doszczętnie mnie okradli, to świadczy o jakichś nieodpuszczonych grzechach? Przybyły na miejsce policjant uspokoił,  że niekoniecznie, bo przypadki takie są tu dość powszechne a grzeszą to przeważnie właśnie te „anioły”,  które szczególnie sobie upodobały taki jak właśnie nasz Dodge Charger.  Amerykański szeryf stwierdził,  że ten „cud” motoryzacji można otworzyć w parę sekund zwykłym śrubokrętem. Wiedzą o tym dobrze ”anioły” jak i wypożyczalnie, ale w raju widocznie też trzeba jakoś zarabiać. Na osłodę po powrocie do hotelu czekała już paczka ze słodyczami i bonami do McDonalda przysłana przez hawajskie stowarzyszenie pomocy osobom podobnie tam doświadczonym. Miłe z ich strony ale także świadczące o skali zjawiska. Podobnie zresztą jak to, że w czasie około półgodzinnej wizyty w konsulacie australijskim (obsługującym w Honolulu Kanadyjczyków) pojawiły się tam aż dwie rodziny w podobny sposób okradzione. Kanadyjski system uwiarygodniania tożsamości za pomocą znajomości dał się trochę  we znaki bo telefon z „kontaktami” też padł łupem złodzieja a zwykły notes wyszedł już chyba na dobre z użycia.  Jakoś jednak udało się wypełnić wszystkie formularze i w oczekiwaniu na dokumenty umożliwiające powrót do domu można było wreszcie rozejrzeć się po rajskim Aloha State.

 

Oahu – wyspa, na której leży Honolulu z historyczną Pear Harbour. To tu najczęściej rozpoczyna się zwiedzanie archipelagu, chociaż dość sporo turystów tu też je kończy. Po 70 latach, które minęło od nalotu japońskich bombowców, nalot z tego samego kierunku trwa, ale teraz amerykańskich boeningów, którymi Japończycy udają się tu przeważnie na zakupy. Wśród wielu sklepów z japońską obsługą mają tu nawet olbrzymie Duty Free, dostarczające towar wprost na lotnisko. Natomiast przybysze z kontynentu amerykańskiego, przyzwyczajeni do niechlujnych sklepików „ u Chińczyka”  z przyjemnością zrobią zakupy w ABC Stores. Szczególnie w dzielnicy Honolulu -Waikiki właściwie trudno znaleźć miejsce, w którym nie byłoby w zasięgu wzroku nie tylko doskonale zaopatrzonego ale także estetycznego sklepiku ABC. Niestety ale w jego zasięgu też często pojawiają się niezbyt estetyczni, okupujący chodniki i plażowe wiaty bezdomni narkomani. Dość powszechnym elemetem hawajskiego krajobrazu jest oczywiście wulkan. Tu jest to górujący nad miastem Diamond Head.  Trochę trudu by wspiąć sie na jego szczyt,  wynagrodzi piękna panorama Honolulu i okolic. Po drodze warto odwiedzić małe Waikiki Aquarium z unikalnymi okazami podwodnego świata. Nie warto natomiast tracić ani czasu ani pieniedzy na wizytę w tandetnym choć polecanym Sea Life Park. Zaoszczędzony czas lepiej spędzić na plaży Hanauma Bay z  palmami i rafami koralowymi, lub położonej wśród bloków zastygłej lawy Makapu’u Beach, znanej z filmu „Stąd do wieczności”. Natomiast najdłuższej na Oahu,  Waimanalo Beach, raczej nie odwiedzać. To tu znajduje się miasteczko, będące  przykładem opieki władz stanowych nad rdzenną ludnością, której  dano domy i ziemię za opłatą 1 dolara rocznie. Coś takiego jak chicagowskie osiedle Cabrini-Green. Tamto na szczęście już zburzono. To niestety jeszcze na siebie zarabia, również jak się okazało i moim kosztem.  O obecności podopiecznych władz stanowych w tym miejscu, dowiedziałem się jednak dopiero od funkcjonariusza stanowej policji. Szkoda, że tylko z daleka można popatrzeć na dolinę Kuaola, która tak naprawdę mało się różni od innych hawajskich dolin o charakterystycznym grzebieniowatym kształcie, ale to tu kręcono  zdjęcia do „Jurasic Park”.  Za jedną z największych atrakcji tej wyspy uważane jest Polinezyjskie Centrum Kultury. W tym hawajskim PCK za dość słoną opłatą  można doznać, jakby to powiedział prezes Jarosław, absmaku. Chociaż tu,  jak najbardziej usprawiedliwione były natrętne komunikaty o zakazie nagrywania kiczowatego ludowego show. Północna część wyspy to raczej tereny dla amatorów surfingu bo zwykłemu człowiekowi potężne fale mogą  wyrządzić krzywdę. Warto też zwiedzić plantację ananasów firmy Dole. Jak rosną te owoce nie wszyscy wiedzą, a nawet jak wiedzą to  wyśmienite lody ananasowe są wystarczającym powodem by tu przyjechać. Jeśli ktoś nie lubi wyjeżdżać z miasta może się udać do tropikalnego lasu  w pobliżu słynnej Waikiki Beach.Dolina i wodospad  Manoa może nie są wielką atrakcją, ale można zobaczyć tu prawie wszystkie rośliny, które u nas rosną tylko w doniczkach.

Maui – Udając się tam mogliśmy się przekonać o wyższości 24 godzinnej skali czasu. W robionej  dość dawno rezerwacji jakoś pomyliła się literka „a” z „p” i dopiero na lotnisku okazało się, że lot jest owszem o siódmej ale nie rano tylko wieczorem.  Dzięki  temu, że przy podróżowaniu bez dokumentów trzeba było być na lotnisku dużo wcześniej udało się jakoś te literki  poprzestawiać i za niecałe pół godziny wylądowaliśmy na lotnisku w  Kahului. Nad Maui zwaną wyspą dolin góruje wznoszący się na ponad 3 km wulkan Haleakala, w którego kraterze zmieściłby się podobno cały Manhattan. Właśnie ze względu na wielkość, hawajskie wulkany takich klasycznych raczej nie przypominają. Ze szczytu, na który jak to w Ameryce można wjechać prawie autostradą, zamiast głębokiego krateru widać widać po prostu górskie pasma. Tu testuje się  ze względu na podobieństwo do tamtejszego terenu, sprzęt mający być wysłany na Marsa,. Po popatrzeniu na chmury z góry można już udać się w podróż słynną drogą do miasteczka Hana, uznawaną za najładniejszą na Hawajach. Warto jednak wybrać drogę okrążającą wulkan od strony południowej. Wprawdzie na mapach jej odcinki oznaczane są jako nieprzejezdne, ale podobnej jakości drogi są jak najbardziej przejezdne gdzieś nawet na  Prince Edward Island. Jednak warto zaryzykować bo ta droga do Hany  jest dużo bardziej atrakcyjna niż oficjalna. Zresztą cała wyspa Maui jest chyba najbardziej malowniczą częścią hawajskiego archipelagu.

Hawai’i – Hilo największe miasto tej największej wyspy nie robi najlepszego wrażenia. Stąd prowadzi droga do Narodowego Parku Wulkanów. Na pewno każdy kto tu przyjeżdża obiecuje sobie wiele wrażeń. Niestety ale strumienie lawy i ziejące ogniem kratery można zobaczyć  tylko na fotografiach w folderach. Jest to trochę nieuczciwe, bo jeśli wybieramy się na przykład do parku Yellowstone zobaczyć czynne gejzery to one tam rzeczywiście są a nie tylko kiedyś tam były. Tutaj natomiast zobaczymy co najwyżej szaro-czarne połacie dawno zastygłej już lawy. Jednym z nielicznych miejsc gdzie można w rzadko tu zdarzającą się bezchmurną noc, zobaczyć słabą poświatę wulkanicznego ognia jest punkt widokowy przy muzeum Jaggara na szczycie Kilauela. Na pewno dużo więcej emocji budzi już samo czytanie tablicy informacyjnej przed wjazdem na najwyższy na Hawajach szczyt Mauna Kea wznoszący się na wysokość 4200 m. Jak do tego jeszcze uda się nam zobaczyć wracających z góry turystów, zdejmujących z siebie polarne kombinezony to rzeczywiście aż ciarki przechodzą. Chociaż nie mamy samochodu z napędem na cztery koła, bez którego jak wynika z tablicy ani rusz, postanawiam spróbować. Najwyżej trzeba bedzie zawrócić. Jednak droga jest nadspodziewanie dobra a na parokilometrowym nieutwardzonym odcinku w jej środkowej części trwają obecnie roboty , które zakończone będą pewnie szybciej niż te na trasie ze Strykowa do Warszawy. Po ich minięciu do samego szczytu, gdzie znajduje się olbrzymie obserwatorium astronomiczne, prowadzi już szeroka trasa. Tu natomiast trenowali kosmonauci wybierający się na Księżyc. Temperatura na szczycie była o dziwo nawet o dwa stopnie (Farenheita) wyższa niż na dole, chociaż jak to w górach podobno zdarzają się gwałtowne zmiany pogody. Po zachodniej stronie wyspy dużo ładniejsza od Hilo miejscowość Kona. Okolica ta słynie z plantacji kawy oraz tego, że to tu ponad 200 lat temu przybył odkrywca wysp, kapitan Cook. W powrotnej drodze do Hilo przez północną część wyspy mnóstwo dolin, wodospadów, malowniczych zatok oraz zwykłych farm. Pod którymś z kolejnych wodospadów dzwoni pani z australijskiego konsulatu. Niestety coś jej się pomieszało w papierach i musimy wpaść do Honoulu by wypełnić dodatkowe formularze.

Kauai – zwana wyspą ogrodów. Na niej znajduje się Waimea Canyon, który trochę przypomina ten wielki. Niestety w przeciwieństwie do tego z Arizony  można na niego tylko popatrzeć sobie z góry. Wzdłuż jedynej drogi wiodącej wokół wyspy całe mnóstwo podobnych do siebie dolin i parków. Kończy się ona na Ke’e Beach skąd można udać się pieszo właśnie do Wainea Canyon, jednak pokonanie około 13 mil może tu zająć nawet parę dni. Gdzieś po drodze znów telefon z konsulatu. Tym razem proszą o interwencję bo jeden z podanych tak zwanych gwarantorów nie odbiera telefonu. Oczywiście interweniuję i po paru godzinach dzwonią, że wszystkie dokumenty są gotowe do odbioru.

Wiadomo, podróże kształcą, a w Ameryce nauka sporo kosztuje. Niewykształcony nie zwracałem uwagi na to, że na każdy prawie punkt widokowy podjeżdżają samochody z osobnikami, których nie sposób nawet podejrzewać o zainteresowanie krajobrazem.  Oni za to dobrze wiedzą, że przebywanie ” w  raju” osłabia naszą czujność. Ciągle czujna jest natomiast lotniskowa służba bezpieczeństwa. Chociaż nie dziwi ich specjalnie samo pojawienie się pasażera bez dokumentów to jednak trochę męczące jest odpowiadanie na mnóstwo czasami dziwacznych pytań. Ponieważ lotów było przede mną jeszcze sporo spytałem czy nie mogliby dać mi jakiegoś zaświadczenia lub chociaż zarejestrować  w systemie na innych lotniskach. Niestety stwierdzili, że poufnych informacji między sobą to oni nie wymieniają. Jakie więc wymieniają? Chciałem się jeszcze zapytać czy widzieli kiedyś jakiegoś na przykład terrorystę podróżującego bez dokumentów, ale na szczęście zauważyłem tablicę z tekstem ostrzegającym, że wszelkie żarty w czasie kontroli lotniskowej mogą się żle skończyć,  a  ja jednak  chciałem zobaczyć te tryskające iskrami wulkany.

Czy ponad dwanaście godzin lotu i dość spore koszty takiej eskapady są tego warte? Dla amatorów plażowania na pewno nie. Większość hawajskich plaży podobnie jak zresztą tych na całym zachodnim wybrzeżu Ameryki jest zdecydowanie gorsza od tych  atlantyckich. Dla lubiących zwiedzanie może tak, bo to jedno z nielicznych tropikalnych miejsc na świecie gdzie można we własnym zakresie podróżować bez obawy o swoje bezpieczeństwo.  Chociaż niektórzy uważają , że najbardziej ekonomicznym jest rejs statkiem pomiędzy wyspami, raczej nie jest to prawdą  bo chociaż nie trzeba oczywiście w tym przypadku płacić za hotele to  jednak koszty oferowanych wycieczek są  dość spore. W Hilo wjazd vanem na górę Manua Kea kosztował około $400, a prawdopodobnie cała taka wyprawa, która zajmuje parę godzin potrwa prawie cały dzień. Zdecydowanie najlepiej jest jednak wynająć samochód (oby nie był to tylko Dodge Charger), ale jeżeli ktoś woli zwiedzanie grupowe to jest w Honolulu nawet polonijne biuro podróży Hawaii Polonia Tour (www.hawaiipoloniatours.com),  które trzeba przyznać naprawdę się stara aby pokazać swoim klientom jak najwięcej. Jednak niezależnie od sposobu podróżowania warto do wielu znaczeń wszędzie tu słyszanego ”aloha” dopisać sobie w naszym słowniczku też „uważaj”.

dla prawda.ca

Krzysztof Sapiński, Toronto

7 komentarzy

gru 22 2011

AWS – Gdzie jest Hoffman, czyli polonijne ani mru mru – aktualności w skrócie – 9/2011

Gdzie jest Hoffman, czyli polonijne ani mru mru

 

Gdzieś w połowie listopada słuchacze radiowej „siódemki” zauważyli, że w audycji  zabrakło gospodarza tego programu Piotra Hoffmana. Ponieważ cieszy się on wśród Polonii sporą popularnością zaczęły pojawiać się różne na ten temat plotki. Miało je rozwiać oświadczenie, które rozesłał on do polonijnych mediów. Miało ale nie rozwiało bo media te w większości odmówiły jego publikacji. Oto jego treść:

Oświadczenie

Po 12 latach współtworzenia i prowadzenia, najpierw przez 6 lat Radia 7,poźniej  Polskiego Radia Toronto, programu radiowego nadawanego ze stacji CJMR 1320 informujemy Szanownych Słuchaczy i Czytelników, że dalsza współpraca z producentem programu, naszym byłym partnerem biznesowym jest niemożliwa.

Naszą decyzje o rezygnacji z dalszej pracy w Polskim Radio Toronto podejmujemy z prawdziwym żalem ale po glębokim przemyśleniu zaistniałych w zespole redakcyjnym wydarzeń. Miały one miejsce na przestrzeni ubiegłych kilku lat a  ostatnio ujawnione przekreśliły calkowicie mozliwść dalszej współpracy , stając sie powodem podjęcia tego naprawdę trudnego dla nas kroku. Liczymy na Państwa wyrozumiałość.

Równocześnie chcemy powiadomić Państwa, że za wszelkie zobowiązania i długi Polskiego Radia Toronto nie ponosimy zadnej odpowiedzialności.

realizator programu – Jacek Łasinski „DJ Jack” i gospodarz programu – Piotr Hoffmann

Chociaż oświadczenie nie ujawnia właściwie o co w tym wszystkim chodzi, nawet nie wymieniając nazwiska tego producenta, to z naszych informacji wynika, że pewne ustalenia biznesowe miały być całkiem inne niż się okazało. Wiadomo, że mediom można ufać w takim stopniu jak ludziom je tworzącym, a cała sprawa dotyczy tu jednak bardzo popularnej audycji, mającej spory wpływ na polonijne życie. Nie można też zapominać, że Radio 7 używające również nazwy Polskie Radio Toronto, powstało (jako radio Puls) dzięki pomocy finansowej naszej Credit Union, której udziałowcami jest  bardzo wielu jego słuchaczy. Kiedy z dnia na dzień 2/3 zespołu stwiedza, że nie chcą ale muszą  podjąć taką właśnie decyzję, zwykła przyzwoitość nakazuje aby słuchaczom i sponsorom, dzięki którym i dla których ten program istnieje przekazać jakieś wyjaśnienie. Można jednak też przeczekać aż wszyscy o tym zapomną.  Takie sposoby praktykowano dość często za komuny, a my między innymi dlatego wybraliśmy emigrację bo nie chcieliśmy ich zaakceptować. Tu stworzyliśmy po swojemu różnorodne polskojęzyczne media. Jednak dość szybko się okazało, że od tych z PRL-u dużo się wcale nie różnią bo tak jak kiedyś tamte, potrafią owszem krytykować ale najlepiej to co się dzieje za oceanem.  Jak gdzieś w Mississaudze ksiądz dzwoni na policję aby przepędzić kwestujące polskie dzieci to ani mru mru, jak współrodacy padają ofiarami różnego rodzaju oszustów i często szukają w nich pomocy to ani mru mru, jak tracimy resztki naszego polonijnego dziedzictwa też oczywiście ani mru mru. Niestety okazało się, że komunistycznego cenzora zastąpił teraz jeszcze gorszy typ.  Oficjalnie adwokat, chociaż nie mający nic wspólnego z obrońcą. Bez skrupułów stosuje stalinowską metodę „dajcie mi człowieka a paragraf się znajdzie”. Chociaż dobrze wie, że jego klientem powinien zająć się raczej prokurator to za odpowiednie wynagrodzenie gotowy jest  wysuwać najbardziej nawet kretyńskie oskarżenia. Taką psychologiczną zagadką jest to, że czasami tacy ludzie  potrafią wydać na ich honoraria sumy wielokrotnie większe niż te, za które mogliby naprawić wyrządzone komuś krzywdy. Skutecznąbroniąprzeciwko takim praktykom byłaby zwykła solidarność, która pomogła nam podobne wypaczenia już kiedyś zwyciężyć. Jednak dla dobrego samopoczucia wystarcza przeważnie patriotczne hasło i obrazek z polskim papieżem na biurku, chociaż nie wiadomo właściwie po co, bo on akurat nauczał: „ nie lękajcie się”!. Dlatego też nie wiadomo czy polonijni słuchacze dowiedzą się kiedyś dlaczego Piotr Hoffman i Jacek Łasiński,  któregoś dnia trzasnęli drzwiami studia siódemki.

Europe Now

 

Chyba takiej imprezy organizowanej przez polonijny biznes jeszcze w Kanadzie nie było. Zajmujący się od lat dość szeroką branżą zdrowia, urody i mody, Leszek Świątek organizuje we wrześniu 2012 na terenach Exhibition Place w Toronto międzynarodowe targi firm działających w tych właśnie dziedzinach. Na szczególne podkreślenie zasługuje to, że w dobie wszechobecnych a często niebezpiecznych właśnie dla zdrowia, urody i mody produktów chińskich, oferta jest skierowana do firm europejskich. Mamy nadzieję, że organizatorzy dopilnują tylko by nie wpuścić tam różnych naciągaczy „leczących” za pomocą moczenia nóg i „aparatury z NASA”. Na pewno iniciatywa to ciekawa i zasługująca na jak najszersze poparcie również polonijnych biznesów. Więcej Informacji na ten temat można znależć na stronie www.europenow.ca

 

Z kamerą wśród gwiazd

 

W sam raz na zimowe wieczory.Dwanaście odcinków. Mnóstwo reportaży i wywiadów z gwiazdami. Opowie o sobie i swoich planach przygotowujący się do roli Wałęsy Robert Więckiewicz oraz Piotr Rubik, Michał Bajor, Halina Młynkowa i wielu innych. Zwiedzanie polskich miast, obiektów Euro 2012 oraz  studia TVN. Takiego serialu w polonijnej telewizji chyba jeszcze nie było, a zrealizowała go dla TV OMNI Irmina Somers. Powstał on również dzięki pomocy polskich firm: Polimex, EuroMax, Starsky i Mortgage Store. Początek w sobotę 14 stycznia 2012  w programie „Na luzie” .

 

Czy powinniśmy jeździć na Kaszuby

 

Patrząc na mapy Europy zamieszczone w kanadyjskim Głosie Polskim (nr 44 z 2 listopada) to naprawdę aż starch się tam wybierać. Całe szczęście, że mamy tu na miejscu małą Polskę czyli ontaryjskie Kaszuby. Chociaż może nie taką znów małą, bo jest tam nawet Wilno, którgo nie potrafimy jakoś dla III czy IV RP „odzyskać”. Niestety ale już dwa tygodnie póżniej w tym samym tygodniku (nr 46 strona 7) dowiadujemy się, że teraz aparatem polskim państwowym kieruje etniczny Niemiec, Donald Tusk. Czyli i Kaszuby też właściwie odpadają. Dobrze, że Demokratyczna Republika Kuby nie przyjaźni się z tym całym europejskim Reichem i może właśnie dlatego wspieranie familii Castro jest tak popularne wśród Polonii. Rewelacje te nie powstały wprawdzie w torontońskiej redakcji, ale Głos Polski wydawany jest przez Związek Narodowy Polski w Kanadzie, którego hasłem naczelnym jest „Bóg, Honor i Ojczyzna”, a przedrukowywanie podobnych nonsensów to ani honorowe, ani po bożemu, ani też dla dobra Ojczyzny. Może więc zamiast zmieniać hasło wystarczy tylko uważniej poczytać teksty przed ich  publikacją.

 

Kiedy w burce, kiedy bez

 

W tym roku częściej niż w latach ubiegłych zamiast  idiotycznego Season Greatings pojawia się napis Merry Christmas. 13 Grudnia prezenter kandyjskiej radiostacji CBC stwierdził, że „White Christmas” to nie żadna przecież kolęda, bo te prawdziwe i najpiękniejsze są polskie i je właśnie nadawał w swoim programie. No i wreszcie rzecz prawie nie do pomyślenia, bo oto rząd kanadyjski zakazał przyjmowania przysięgi obywatelskiej osobom w burce. Przyczynił się do tego nasz poseł Władysław Lizoń, którego z pewnością diabli brali przygladając się jak do składania przysięgi na obywatekę Kanady podchodziły niezidentifikowane obiekty chodzące (ang. UMO – unidentyfied moving object), a sędzia który też z pewnością odczuwał to samo, nie mógł ich do tegoż diabła przepędzić nie mając odpowiedniego przepisu. Teraz dzięki Lizoniowi już ma. Wprawdzie po takiej przysiędze nowa obywatelka może znów zamienić się w UMO ale od czegoś trzeba zacząć.

W Polsce spotykamy się natomiast z sytuacją całkiem odwrotną bo na pewno wiele osób życzyłoby sobie by tak zwane „celebryty” obowiązkowo zakładały burkę zwłaszcza podczas niektórych czynności, jak ta widoczna na zdjęciu obok megacelebrytka, idolka starszych przedszkolaków i miłośniczka ciepłych lodów Doda zwana Elektrodą.

Z najnowszych badań na toruńskiej politechnice wynika, że gdyby widzowie na widok celebryta idioty wyłączali telewizory to korzyści dla środowiska byłyby dużo wieksze niż przestrzeganie porozumień z Kioto.

 

Polska prezydencja

 

Jeszcze do niedawna zanosiło się, że prezydencja Polski w Unii Europejskiej przeminie przez nikogo nie zauważona, jednak parę tygodni przed jej zakończeniem dzięki Sikorskiemu i Tuskowi zostanie ona raczej zapamiętana. Obecny kryzys udowodnił, że funkcjonowanie unii państw bez granic, ze wspólną walutą oraz rynkiem pracy, lecz bez wspólnej polityki finansowej jest raczej nierealne. Tym bardziej, że dzieje się to w czasach szczególnej aktywności finansowych spekulatów, bez skrupułów atakujących kolejnych pasażerów wspólnej łodzi jaką jest przecież Unia Europejska. Na dodatek są one bez porównania grożniejsze niż te, kiedyś gdzieś tam w Łodzi. W takiej sytuacji przede wszystkim trzeba wspólnymi siłami przywrócić jej stabilność a potem wiosłować już bardziej zgodnie. Sprawa niby oczywista ale powiedział to minister z kraju, który dopiero zamierza do strefy euro przystąpić. Z kolei polski premier, który brytyjskiego kolegę porównał do jego poprzednika sprzed wojny, odważył się powiedzieć to co tak naprawdę wszyscy myśleli. Za egoizm Chamberlaina zapłacił kiedyś cały świat a sama nie taka wielka teraz Brytania uniknęła klęski tylko dzięki swemu położeniu i temu, że bronili jej też ci od których się odwróciła. To przypomniał człowiek, którego dziadek był podobno w Wermachcie. Na tych samych obradach polski europoseł, właśnie ten który mu tego dziadka wynalazł wygłosił żenujące przemównienie, którego słuchając, nie tylko można było czuć  „absmak” ale aż strach było pomyśleć kim mógł być jego dziadek.

 

 

Polski grudzień, prosto z Polski

 

Coraz bardziej gęstnieje wokół nas przedswiateczna atmosfera  na ulicach , w sklepach, w miejscach pracy i w mieszkaniach, ale gdyby ktoś, nie mieszkajacy w Polsce, chcial ją wyłowć z polskich mediów mógłby się mocno zdziwić, że tam jej jak na lekarstwo, gdyż dla naszych mediów najważniejsze są grudniowe rocznice, zarówno ta okrągła – ogłoszenia stanu wojennego, jak i ta kolejna dotycząca wydarzeń z 1970 roku. I jak co roku specjalne  capstrzyki,akademie, znicze,kwiaty i odznaczenia zaslużonych…Już kiedyś zastanawiałem sie skąd się biorą, co roku nowi chetni do odznaczeń i jak długo jeszcze bedą się tacy znajdować, ale gdy podczas tegorocznych rocznicowych obchodów zobaczyłem, że jedną z osób uhonorowanych orderem była gdańska emerytowana nauczycielka, która pamiętnego 13-go grudnia 81, udzieliła schronienia swojemu byłemu uczniowi Bogdanowi Borusewiczowi i dzięki temu nie został on internowany, to sobie myślę, że podobnie „zasłużonych” będzie jeszcze na lata odznaczeń…Czy tamtego pamiętnego 13 grudnia Borusewicz był poszukiwanym listem gończym przestępcą?- nie – więc cóż to za heroizm ze strony nauczycielki, że przenocowala swojego ucznia? A zważywszy, że Borusewicz ukrywal sie przez pare lat, a Bujak jeszcze dłużej i im podobnych było jeszcze paru, to licząc ich wszystkie konspiracyjne noclegi z tamtego okresu, bez trudu da sie ułożyc wielotysieczną listę zasłużonych pomagierów, których teraz można nagrodzić orderami…Z okazji 30 rocznicy stanu wojennego prezydent Komorowski zaprosił uczniów warszawskich szkół do pałacowego ogrodu żeby opowiedzieć im o swoim internowaniu i pokazać jakimi grami i zabawami wypełniało się czas podczas internowania i sądząc po wesołej reakcji młodzieży, internowani za bardzo nie cierpieli, choć oczywiście ich odosobnienie nie było żadną przyjemnością. Nie zazdroszczę tamtym kombatantom ani orderów, ani zasług ani wszelkich profitów, które ojczyzna już im wypłacila i ciągle wypłaca, byli odważni to niech maja, ale wnerwia mnie narastajace z upływem czasu mitologizowanie tamtego okresu.Przykładowo w mojej ulubionej „Trójce” usłyszałem rozmowę z jakimś nieznanym mi muzykiem, rocznik 1980(!!!), dla którego podobno lata 80-te były tak traumatycznym przeżyciem, że pragnąc zamanifestowac swój sprzeciw przeciwko tamtym czasom, postanowił…dostosować dzisiejsze życie swojej rodziny do siermiężnych warunków stanu wojennego i tak: jeździ maluchem, je pasztetową, kaszanke i tłuste mięsiwa, pije najgorsze kawy i herbaty, ogląda czarnobiałą telewizję, a 3-letniej córce kupuje tylko najprostsze drewniane zabawki…Słuchalem ze zdumieniem słów tego dziwaka, jego narzekań na swoje tragiczne dzieciństwo i czekałem na reakcję rozmawiającej z nim dziennikarki, że wreszcie zapyta go skąd się wzięła u paroletniego dzieciaka aż taka trauma, kim byli jego rodzice – internowanymi bojownikami?, a może utracjuszami bądź menelami? I po co teraz katuje siebie i rodzinę komunistycznymi specjałami? - ale zamiast otrzeźwienia, też raczej młoda dziennikarka przytoczyła swoje dziecięce wspomnienie ortalionowej kurtki, z której wyrosła, a ponieważ nie można było w PRL-owskim sklepie kupić nowej(?), mama musiała dorobić jej wełniane rękawy i jeszcze parę lat musiała przechodzić w starej kurtce…Słuchałem tych wszystkich idiotyzmów i długo nie mogłem wyjść ze zdumienia co się w tych polskich głowach dzieje – jak można aż tak wykoślawiać historię? Już sobie wyobrażam jakie wspomnienia będą krażyć w mediach za 10 lat podczas kolejnej okrągłej rocznicy…

 

Zbigniew Siepietowski,  

Gorzów Wielkopolski

 

Smart! lecz czy telefon?

 

Wiele osób nie wyobraża sobie już podróżowania bez smart phona czyli takiego sprytnego telefonu, który zrobi zdjęcie, wyśle emaila, sprawdzi czy samolot będzie na czas, znajdzie miejsce na mapie i nawet jeszcze zadzwoni. Jeżeli wybieramy się świętować do USA to zaraz jak się tam znajdziemy, otrzymamy taki oto sms: „Bell welcomes you to the United States. Regular roaming rates are $1.54/min $10.24/MB…” Ot standartowa rutyna, kto by tam to czytał. Gdy Kanadzie płacimy około $0.30/min i średnio $25/500MB. to logicznym wydaje się że w bliźniaczym kraju gdzie działa praktycznie ta sama sieć telekomunikacyjna może być troszeczką drożej. Po powrocie do domu okaże się jednak, że to troszeczkę w przypadku połączeń telefonicznych to 5 razy. Jeśli jednak przydzie nam do głowy korzystać za tą bliską zagranicą z internetu to operator sieci liczy nas  200 (dwieście) razy więcej. Taką przebitkę rzadko kiedy mieli nawet najwybiniejsi spekulanci na bazarze Różyckiego.  Pamiętamy czasy kiedy starch było otwierać po świętach kopertę z rachunkiem telefonicznym. Obecne ceny zawdzięczamy tylko konkurencyjnym firmom, które pojawiły się na rynku. Niestety tu konkurencja dopiero się rozwija. Dlatego obu kanadyjskim monopolistom Bellowi i Rogersowi niemiłosiernie nas łupiących, szczerze życzymy w Nowym Roku wielkiej obfitości konkurencyjnych firm.

 

 

 

Wesołych Świąt

 

Wszystkim czytelnikom lubiącym prawdę i w życiu i internecie składamy serdeczne życzenia Wesołych Świat Bożego Narodzenia.

A w Nowym Roku życzmy sobie wzajemnie aby te księgi Majów zawierały tyle prawdy ile jej było na hasłach pierwszomajowych pochodów.

13 komentarzy

lis 11 2011

AWS – aktualności w skrócie – nr 8/2011

Powyborcze refleksje

Tradycji stało sie więc zadość. Nie pomogła obecność na liście „agentów” z kanadyjskiej Polonii mających odebrać głosy partii, która tradycyjnie powinna zwyciężyć w Toronto, bo o to właśnie zostali oni podejrzani w wyborczej odezwie Jacka Szczepińskiego, zamieszczonej  w tygodniku Goniec. Ja za namawianie do oddania głosu na Andrzeja Rozbickiego zostałem nazwany lokalnym agitatorem. Chociaż słowo to kojarzy się z oderwaną od rzeczywistości komunistyczną propagandą,  to właśnie Jacka tekst bardzo ją przypomina. Uważa on, że słuszny wynik wyborczy może dokonać: „przywrócenia Polsce roli pierwszoplanowej w polityce Unii Europejskiej i na arenie światowej”. Nie bardzo jednak można sobie przypomnieć kiedy to Polska grała pierwszoplanową rolę w światowej polityce. Ponadto tak się składa, że ci którzy głoszą takie wizje pragną też zlikwidować Unię Europejską co jednocześnie uniemożliwia osiągnięcie zakładanego celu. Natomiast dobrze pamiętamy, że wszystkie polskie nieszczęścia wzięły się od nieudolności w układaniu stosunków z sąsiadami. Dlatego też głosowanie na człowieka, który relacje takie psuje i to w dość głupi sposób jest raczej nieodpowiedzialnością a nie troską o dobro ojczyzny.

Inną przyczyną naszych niepowodzeń jest właśnie ta idiotyczna polsko–polska wojna. Chociaż przykładu takiej walki  dwóch prawicowych przecież partii politycznych  trudno znaleźć, to jednak wpisuje się ona dość dobrze w tradycję magnackich waśni gdzie szabelka była używana dużo częściej od rozumu.

Jednak też sprawiedliwie trzeba przyznać, że pomimo to nasi politycy w porównaniu do tych z Włoch czy Ukrainy nie wypadają wcale źle.

Czy nam jako Polonii potrzebny jest reprezentat w polskim Sejmie? Widząc tłumy przybywające na spotkania z przedstawicielami różnych polskich urzędów, uważam że tak. Jacek Szczepiński uważa jednak iż: „opowiadanie o reprezentacji lokalnego środowiska i dbaniu o jego interes jest poważum błędem”. Tu jako przykład podaje śp.posła PiS Gosiewskiego, który realizując postulaty wyborców zbudował słynny peron we Włoszczowej za co „media nie zostawiły na nim suchej nitki”. Przykład raczej nie bardzo trafny bo lokalni wyborcy dostali jednak to co chcieli a media już dawno moczą sobie nitki na innych. My jako Polonia jesteśmy taką właśnie gminą, o której problemach wie tylko ktoś kto stąd pochodzi, a to że formalnie nazywają nas warszawskim okręgiem 19, jest winą dość dziwacznej ordynacji wyborczej, którą można jednak kiedyś zmienić. Jako mieszkańcy takiej gminy i tak nie mamy żadych szans, co byłoby nawet nie bardzo moralne, wpłynąć na wynik krajowy, ale dla siebie mogliśmy coś jednak zrobić gdy nadarzyła się taka sposobność. Ponadto nasz przedstawiciel jako nieuwikłany w różne układy mógłby bardziej kierować się swoim sumieniem i dobrem kraju.

Niestety ale mało obiektywna argumentacja Jacka Szczepińskiego sprowadzała się do agitacji na rzecz ludzi, których dopuszczenie do władzy byłoby dla Polski dość niebezpieczne, tym bardziej że z ich kompetencjami do rządzenia krajem Polacy mieli już okazję się zapoznać. Obserwując teraz bratobójczą walkę tych „praworządnych ze sprawiedliwymi”, dla których jeszcze nie tak dawno tylko Polska była najważniejsza może chociaż niektórzy z tych dobijających się miesiąc temu do konsulatu w Toronto z okrzykami „Komuchy otwierać!” zdobędą się na chwilę refleksji by pomyśleć: „czy nie durnia mamy jednak za prezesa?”.

Szansa na umieszczenie na listach wyborczych kandydata z Toronto może długo się nie powtórzyć, dlatego też to nie polonijny kandydat przegrał, bo tak naprawdę w tych wyborach przegraliśmy my jako Polonia.

Krzysztof Sapiński

PS. w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich Toronto uzyskało wynik prawie identyczny jak Łomża ( czyt. Toronto koło Łomży z 14 lipca 2010 ) w tegorocznych w Toronto PiS zdobył 76% a PO 17% , a w Łomży PiS 38% PO 30%.

Pamięci

Leszka Bukowskiego i Alexandry Dodger Wojciechowskiej

On odszedł u schyłku swej drogi po Ziemi w wieku 87 lat. Ona mając lat 27 dopiero ją rozpoczynała. On – walczył o Polskę, chociaż sporo od niej wycierpiał, ale ludowej bo ta prawdziwa wielokrotnie go odznaczała. Ona chociaż dopiero skończyła studia już dała się poznać jako działaczka społeczna, a walczyła po swojemu o to co i On czyli o sprawiedliwość. Na pewno nie wszyscy wiedzą, że to tak naprawdę dzięki niej najstarszy polski kościół w Toronto pozostaje polskim. Ona to bowiem dowiedziawszy się o tej skandaliczej sprawie wezwała na pomoc największe kandyjskie media.Niestety spotkała na swej drodze pijanego kierowcę. Czy gdyby On nie spotkał na swojej drodze kretynki, która nie wiadomo dlaczego znalazła zatrudnienie jako kandyjska prokurator i paru wyzutych z wszelkiej przyzwoitości polonijnych adwokatów, byłby jeszcze wśród nas? Prawdopodobnie tak, bo to od tamtego czasu zaczął chorować.Jej przyjaciele nie zawiedli. Na uroczystościach pogrzebowych w tym właśnie przez Nią uratowanym kościele Matki Boskiej przy 1996 Davenport Road zjawili się tłumnie. Jego pożegnała garstka znajomych. Chociaż w kościele obecy był konsul to nie znależli dla niego czasu ani kombatanci ani harcerze, chociaż w Polonii nazywano go przecież  „Harcerzykiem”.

1920

W kulturalnym świecie gdy ktoś zrobi nam przysługę winniśmy mu okazać jakąś wdzięczność. Spróbujmy jednak powiedzieć Francuzowi czy Niemcowi, że brak im kultury a przecież w 1920 roku to nasze wojsko ocaliło zachodnią Europę. Potem przez 45 lat sowieckiej okupacji oni kręcili tysiące filmów ale jakoś nie zdobyli się na ten, którego my wtedy nie mogliśmy zrobić. Nam teraz też trudno jest zrozumieć dlaczego aż po 20 latach istnienia IIIRP powstał film o tym zwycięstwie polskiego oręża tak skromnie przez nas nazywanego cudem. Jedynym wytłumaczeniem mogłoby tu być tylko to, że ktoś kto się podjął tego dzieła potrzebował czasu by stworzyć arcydzieło. Komplety widzów na wszystkich seansach w kinie w Oakville były dowodem jak wszyscy na ten film czekaliśmy. Choć do kina przybywaliśmy wypełnieni patriotyzmem wychodziliśmy z niego zawiedzeni, jakby ktoś nam puścił nie ten film, na który kupiliśmy bilet. Skupienie całej akcji na jednej parze bohaterów, postacie jakby z filmu przygodowego spowodowały, że zamiast narodowej epopei otrzymaliśmy romans z bitwą w tle. Technika 3D raczej filmowi nie pomogła a wręcz nawet zaszkodziła bo momentami był on aż zbyt krwawy, chociaż przeważnie trójwymiarowe efekty stwarzały wrażenie, że oglądamy komiks. Czy warto było pogarszać i tak złe układy z Rosją co ten film na pewno spowoduje? Chyba nie, bo w tej Europie, której wtedy broniliśmy raczej zaintersowania nie wzbudzi do czego przyczynią się też bardzo kiepsko opracowane angielskie napisy. Drugi film na ten temat nie powstanie bo jest to produkcja dość kosztowna, a ponadto nikt nie odważy się poprawiać mistrza Hoffmana.

Czy polskie kino potrafi uczyć się na błędach?  Raczej wątpliwe, bo oto mistrz Wajda zabiera się za film o Wałęsie. Pytanie tylko po co? Nie trzeba mieć wiele wyobraźni by przewidzieć, że wywoła on następną polsko-polską wojnę. Na film biograficzny o Wałęsie jest trochę za wcześnie, a na film o Solidarności niestety ale trochę za późno. Mamy żal do świata za to iż zburzenie muru berlińskiego postrzegane jest jako początek upadku komunizmu. My dobrze wiemy, że zaczęło to się to w Polsce w sierpniu 1980. Niestety filmu o tym co się wtedy wydarzyło z Wałęsą w tle nie doczekaliśmy się. Zrobili to za nas po swojemu Niemcy przedstawiając światu obraz pijanych stoczniowców.

Aby ksiądz nie był księciem

Jak się zrobi coś niezupełnie legalnie trzeba się liczyć z tym, że prędzej czy póżniej ktoś się do tego przyczepi. Tak stało się właśnie z krzyżem w sejmowej sali. Chociaż powieszono go ukradkiem to czy powinien tam być czy nie, nie jest nawet sprawą poglądów religijnych. Przez lata PRL-u to kościoły były oazą dla ruchu oporu i to, że jest teraz ten właśnie sejm III RP zawdzięczamy również temu krzyżowi. Awantury o ten krzyż nie byłoby gdyby kościelne władze potrafiłyby poradzić sobie z tamtym na Krakowskim Przedmieściu. Jednak w obu przypadkach sprawa ich niestety przerosła, a cenzurowanie najrozsądniejszych księży jak to się dzieje w przypadku ks. Adama Bonieckiego powoduje skutek odwrotny. Demokracja jakoś nie służy polskiemu Kościołowi, którego zwierzchnikom rola księdza myli się czasami z księciem.  Podobne stanowisko przyjmuje też kanadyjski Goniec, który na krytyczny list czytelnika w sprawie kardynała Dziwisza odpowiada, że: „Dziwisz jest księciem Kościoła” czyli jak nietrudno się domyśleć nie podlega żadnej krytyce. Dotychczas było wiadomo, że księciem można zostać albo z urodzenia albo przez ożenek co tu akurat nie ma miejsca. Mamy nadzieję, że jest to jednak przejęzyczenie redakcji bo z pewnością zauważa ona iż w dzisiejszym świecie książę to postać raczej negatywna. Przeważnie dziwak i rozpustnik żyjący na koszt społeczeństwa, które on sam ma za nic. Z religii natomiast pamiętamy, że kapłan to mądry i skromy sługa boży i chyba nic nie ma w tym złego jak my jako boże dzieci zwrócimy mu czasami uwagę widząc, że pobłądził. A takie wtrącanie się w politykę jak robią to obecnie polscy biskupi bardzo na takie pobłądzenie jednak wskazuje.

Lekarz jednego problemu

Chociaż sporo osób narzeka na jakość kandyjskiej służby zdrowia są tu też lekarze, którzy pacjentów badają wyjątkowo dokładnie. „Jeden problem jedna wizyta” takie ogłoszenie wywiesił polski lekarz rodzinny w rejonowej przychodni przy ulicy Vodden w Brampton. Przed okresem zimowym warto byłoby się dowiedzić czy kaszel i katar to jeden problem czy trzeba jednak zamówić dwie wizyty. Przydałaby się też jakaś promocja, w rodzaju przy trzech problemach czwarty za darmo, bo opieka medyczna chociaż w przychodni nie ma kasy nie jest przecież darmowa i za te trzy  płacimy my wszyscy. Ile nowych problemów może przybyć pacjentowi, który mając i tak ich wiele musi wielokrotnie  przychodzić do przychodni trudno powiedzieć, ale na ile naciągnie sprytny lekarz kanadyski system opieki zdrowotnej nie tak trudno obliczyć.

Wiza za dom

Chyba już niewiele brakuje aby w USA senatorem został koń, chociaż z niedawnego pomysłu senatorów nawet on by się uśmiał. Wymyślili oni bowiem sposób na ratowanie rynku nieruchomości polegający na tym, że trzyletnią wizę do tej ziemii obiecanej można otrzymać inwestując w amerykańskie nieruchomości pół miliona dolarów. Przez ten czas trzeba będzie przebywać tam co najmniej pół roku w roku wydając pieniądze lecz bez prawa podejmowania pracy. Kto może być tym zainteresowany? Raczej tylko ktoś nie mogący takiej wizy dotychczas otrzymać, a któremu pieniądze na zakupy wyłoży jakiś szejk. Za to dla obywateli same korzyści bo ileż to nowych miejsc pracy powstanie dla pilnowania tych inwestorów by Amerykanie mogli czuć się jeszcze bezpieczniej.

Powróćmy jak za dawnych lat

John Bonham urodził się w 1948 roku. Gry na perkusji zaczynał uczyć się na puszkach po kawie. Odszedł w wieku 32 lat jako jeden z najlepszych perkusistów świata będąc członkiem grupy fenomenalnych instrumentalistów  i kompozytorów znanych jako Led Zeppelin. Jego syn osierocony w wieku 14 lat chyba już wtedy wiedział co chce w   życiu robić. Jak to robi mogliśmy zobaczyć w pierwsza sobotę listopada w sali koncertowej kasyna Rama w Orilli gdzie miał miejsce koncert grupy Jason Bonham’s Led Zeppelin Experience. Rzadko się zdarza aby muzycy wykonujący cudze utwory tak zbliżyli się do orginału, czasami  nawet robiąc to może i lepiej bo Robert Plant chyba nie byłby już w stanie tak śpiewać jak „grający jego rolę” James Dylan. A wykonanie napisanego na perkusję „Moby Dick” z synem na scenie a ojcem na ekranie to już było mistrzostwo najwyższej klasy. Jak za dawnych lat, bo muzyka ta powstała 40 lat temu kiedy co najmniej połowy z publiczności nie było jeszcze na świecie, więc dla nich są to prawdziwie dawne lata.

13 komentarzy

paź 03 2011

AWS – aktualności w skrócie nr 7/2011

Wybory 2011 czyli Rozbicki do Sejmu

 

Kanadyjskiej Polonii to chyba i sam diabeł by nie dogodził. W tegorocznych wyborach do polskiego sejmu mamy szansę od niepamiętnych czasów zagłosować na kogoś spośród nas, a nie jak to zwykle bywało na byle kogo aby tylko był z „właściwej” listy. Mamy wreszcie swoich posłów w Ottawie, na pewno przydałby się nam ktoś i w Warszawie bo chociaż do Ottawy niby bliżej to większość z nas bardziej żyje tym co się dzieje w Warszawie. Chociaż wydawałoby się, że poparcie dla kandydatów lokalnych powinno być ponad partyjnymi podziałami to u nas podejrzewa się ich o udział w spisku mającym odebrać głosy partiom, które powinny tradycyjnie zwyciężyć w Toronto. (Goniec nr 38, z 29 września 2011). Owszem tradycja jest dobra w przypadku pierogów i tańców ludowych na polonijnym pikniku ale w polityce nie zawsze stanowi zgraną parę z rozsądkiem.  W tym roku kolejny bratobójczy pojedynek stoczą partie, których społeczeństwo ma już dość i niezależnie od wyniku Polska straci kolejne cztery lata na idiotyczną polsko-polską wojnę, bo obie poza wzajemmą nienawiścią nic nie mają wyborcom do zaoferowania. Dlatego z czystym sumieniem można oddać głos na kogoś spoza tego ringu walki kogutów (tu akurat kaczorów Donalda i Jarosława). Szacowane na około 3000 głosy Polonii w Toronto na wynik krajowy nie mają żadnego wpływu a naszemu kandydatowi mogą dużo pomóc. Chociaż mamy do wyboru dwoje kandydatów to zdecydowanym faworytem wydaje się być Andrzej Rozbicki nr 7 na liście PSL-u. Powszechnie znany i co najważniejsze uznany wśród Polonii muzyk, dyrygent i pedagog od lat jak to trafnie ujął na swoim wyborczym plakacie dba aby Polonia nie zapominała o Polsce. Dlatego można mu ufać, że jako poseł zadba także o to by Polska nie zapominała o Polonii. Ponadto dyrygent wśród polskich posłów jak najbardziej by się przydał bo stukanie laską o podłogę na nich słabo działa i może przydałoby się pomachać im kijkiem na głową. Dodatkowym atutem jest też to, że Andrzej Rozbicki znajduje się na liście partii, która nie mając żadnych szans na zwycięstwo, może sobie pozwolić na wystawienie osób, które potrafią coś więcej niż podlizywanie się swojemu wodzowi, czyli właśnie człowiek jest tu najważniejszy.

Dlatego jeżeli już zdecydowaliśmy się głosować nie kierujmy się jakąś tradycją i nie

wierzmy przedwyborczym PO PiS owym kłamstwom, lecz starajmy wybrać się kogoś kto będzie przede wszystkim naszym reprezentantem.

PS

Akurat dobrze się składa, że PSL to „partia chłopska” jest więc szansa, że głosując w sobotę 8 października użyjemy naszego ”chłopskiego rozumu” i zadbamy o własne podwórko bo tego nikt za nas nie zrobi! (KS)

 

 

Nergal – diabeł czy błazen?

 

Czyż nie sam diabeł opętał niektórych polskich biskupów, tak zaciekle żądających usunięcia niejakiego Adama Darskiego z telewizyjnego programu? Nie dość, że cała ta akcja przypomina dyskryminację za przekonania z czasów PRL-u, to największą korzyść przynosi samemu wypędzanemu zapewniając mu promocję, na którą jego samego na pewno nie byłoby stać. Biskupi ci jakby zapomnieli, że podstawową zasadą chrześcijaństwa jest miłosierdzie i w takich przypadkach bardziej na miejscu byłoby posługiwanie się różańcem niż kijem. Szkoda, że w Kościele w Polsce bardzo rzadko obecnie słychać mądre głosy jak te, które potrafiły kiedyś powiedzić „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, bo przecież nie tak znów dawno to sami biskupi niszczyli na stosach księgi i to razem z ich autorami. W tym przypadku przyczyna leży całkiem gdzie indziej. Telewizja w Polsce została zdominowana przez żenujące swym poziomem kopie zagranicznych programów nie wiadomo dlaczego zwanych rozrywkowymi. Jednym z nich jest właśnie ten The Voice of Poland, w którym zatrudniono Darskiego. Jeżeli ma się tam odkryć jakiś polski talent to czy ktoś kto sam nie śpiewa lecz właściwie harczy jak dzikie zwierzę jest kompetentnym do ocenia uczestników. Czy więc nie należałoby przegonić z telewizji przede wszyskim tych, którzy go tam wpuścili i jeszcze mu za to sporo zapłacili? Jeżeli ten diabeł gdzieś siedzi to właśnie w nich bo to oni spowodowali, że poziom polskiej telewizji sięgnął dna, czyli zbliżył się do miejsca gdzie diabły zwykły urzędować.

Chyba bardziej bulwersujący przypadek miał miejsce parę lat temu kiedy urzędujący prezydent i jego urzędnik, często pielgrzymujący do Jana Pawła II,  prywatnie robili sobie z niego dość chamskie żarty. Głosów oburzenia nie było słychać tak donośnie jak teraz.  Przypuszczalnie dlatego, że z tamtymi można było załatwiać różne intersy, a taki Nergal może co najwyżej zaoferować tylko darmowy bilet na swój występ. Ponadto czy ktoś widział żeby sam diabeł przebierał się za diabła? Jednym dowodem diabelskości Darskiego jest to, że nie wytrzymał z Dodą, z którą to jak powszechnie się uważa i sam diabeł by nie wytrzymał.

 

tiff 2011

 

Na kolejnym tiff czyli Toronto International Film Festival oprócz Bono, Madonny, Angeliny Joile, Roberta Więckiewicza i wielu innych aktorów obecne były też dwie polskie reżyserki Agnieszka Holland i  Małgorzata Szumowska oraz polska reporterka, która dla telewizji TVN zgrabnie to wszysko poskładała.  Oczywiście była nią tak jak i rok temu Irmina Somers, która w hollywodzkiej kreacji oprowadziła polskiego widza po festiwalonych czerwonych dywanach. Oba polskie filmy prezentowane podczas festiwalu „Sponsoring” oraz „W ciemności” wzbudziły spore zaintersowanie nie tylko polskich widzów. Pierwszy z nich może stać się przepustką do kariery bardzo utalentowanej młodej aktorki Joanny Kulig, drugi już został  polskim kandydatem do Oskara. Szanse ma spore bo Agnieszka Holland wreszcie załapała, że oskarowe jury najbardziej preferuje tematykę poruszoną właśnie w jej najnowszym filmie. Reportaż z festiwalu można obejrzeć na

http://dziendobry.tvn.pl/video/joanna-kulig-o-sponsoringu,104,newest,13213.html

 

 

Nudo Artistico

 

Parę tygodni po festiwalu filmowym, w Toronto miało miejsce wydarzenie artystyczne, na którym były nawet większe tłumy niż na tiff-ie (oczywiście przeliczając ilość osób na powierzchnię). 30 września w słynnym Distillery District swoją wystawę otworzył polski a konkretnie gorzowski artysta Michał Bajsarowicz. Ten absolwent poznańskiej uczelni artystycznej zajmuje  się przedstawianiem w swoich rysunkach i rzeźbach ludzkiego ciała. W Gorzowie odsłonięto niedawno rzeźbę Wincentego Witosa przez niego zaprojektowaną i doskonale wkomponowaną w miejski skwer. Prace swoje wystawiał on prawie w całej Europie i mamy nadzieję, że Toronto będzie jego pierwszym amerykańskim etapem.  Chociaż wystawa była zatytułowana „Nudo Artistico” nie było tu ani chwili nudy. Uczestnikom wernisażu przygrywał zespół muzyczny a dwie ekipy telewizyjne, TV Polonia i lokalna OMNI TV nakręcały wywiady z artystą. Reporterka tej drugiej Irmina Somers, która pochodzi z Zielonej Góry była bardzo szczęśliwa, że może pomóc w promocji gorzowskiego artysty. Niespodzianką była degustacja piwa Lubuskiego, które chociaż jest zielone produkuje je browar w  podgorzowskiej Witnicy. W bardzo niestety minimalnej ilości zostało ono sprowadzone ostatnio do Kanady. Jak widać bez żużla współpraca między tymi wiecznie skłóconymi miastami układa się znakomicie.

Wystawę można odwiedzać do 15 października w Kodiak Gallery- Distillery District, 55 Mill Street, budynek nr 47 tel 416-640-0064. Można tam również zakupić prace artysty.

 

Sherlock Holmes na tropie

 

Wysoki poziom amerykańskich naukowców jest powszechnie znany lecz, że są aż tak zdolni jak to podał torontoński Głos Polski w nr 37 z 14 września 2011, to jednak nie przypuszczaliśmy. Otóż jeden z nich, Wiesław Binienda na podstawie orginalnej instrukcji obsługi Tu-154 , którą dostarczył mu poseł Antoni ułożył matematczne równanie, z którego wyszło, że katastrofa smoleńska jednak wypadkiem nie była. A jak nie wypadkiem to wiadomo czym. Ponieważ akurat zbiegło się to w czasie z odkryciem europejskich naukowców, które może dokonać rewolucji we wszystkich znanych obecnie teoriach zwróciliśmy się po opinię do trochę zapomnianego detektywa posługującego się tradycjnie raczej logiką, Sherlocka Holmesa.

Zdaniem tego mistrza dedukcji, w każdym zamachu musi istnieć jakiś motyw. Na pewno nie mieliby w tym żadnego celu Rosjanie, którym najmniej chyba zależało by zrobić to w katyńską rocznicę co gwarantowało rozgłos dla tej zbrodni na cały świat. Również Tusk nie mógł osiągnąć tu żadnych korzyści bo nie dość, że podejrzenie padłoby od razu na niego to musiałby być idiotą by zrobić to znając sondaże mających się wkrótce odbyć prezydenckich wyborów. Zresztą wiedział, że sternikiem prezydenta jest brat Jarosław i jakby on sam leciał można byłoby jeszcze taki wariant brać pod uwagę. O tym, że jednak nie poleciał na pewno dobrze wiedział, a sama bomba musiała być przecież zdalnie sterowana  bo biorąc pod uwagę opóźnienia w starcie samolotu, zwykła zegarowa wybuchłaby już gdzieś nad Białymstokiem. Czyżby więc tak misternie uknuty plan nie przyniósł nikomu żadnych korzyści? spytał obecny przy rozmowie doktor Watson. Niezupełnie, bo partia prezesa, która nie spełniła oczekiwań Polaków ani w zakresie prawa ani sprawiedliwości chyliła się wtedy ku upadkowi. A teraz popatrz Watsonie – odpowiedział słynny detektyw pokazując obecne sondaże, na widok których Watson głęboko się zamyślił.

 

Patriota

 

Usunięciu pomnika Andrzeja Pityńskiego „Partyzanci” z parku w centrum Bostonu towarzyszyły protesty patriotów polskich w Ameryce. To, że dzieło to było szpetne i nie pasowało do miejsca, w którym je tymczasowo ustawiono nie było brane pod uwagę, bo najważniejszy był tytuł . Jakże to przepędzać polskich partyzantów, choćby bawiące się w pobliżu dzieci naprawdę się ich bały. Nie wiadomo czy dla upamiętnienia tamtych protestów kolejne swoje dzieło arysta nazwał „Patriota”. Jednak przezornie wolał je ustawić tym razem w Stalowej Woli, z okolic której pochodzi.

Dolna część pomnika przypomina człowieka trzymającego w ręku coś w rodzaju szabli lecz już górna raczej kojarzy się bardziej ze smokiem i to na pewno nie naszym wawelskim. Chociaż nazwa dzieła może i trafna bo rzeczywiście takich patriotów używających szabelki a nie rozumu mieliśmy w historii całkiem sporo. Czy będzie on straszył dzieci? Na pewno, szczególnie w zimowe wieczory, lecz w Polsce raczej nikt go nie ruszy bo taka nazwa to jak poselski immunitet.

A były przecież takie czasy kiedy pomniki zdobiły miejski krajobraz a nie straszyły i młodzi nawet umawiali się pod nimi na randki. Komu to przeszkadzało?

 

Ogłoszenia drobne -  kontraktor poszukiwany

 

Jeden z naszych czytelników pan Krzysztof zwrócił sie z prośbą o pomoc w odnalezieniu fachowca, który gdzieś zniknął nie dokończywszy rozpoczętej pracy. Jedynym śladem jest zdjęcie należącego do niego samochodu. Oczywiście nie watpimy, że polski kontrator w Kanadzie jest tak samo uczciwy jak hydraulik we Francji ale ponieważ w samochodzie tym znajdowały się podobno okna niezbędne do zakończenia prac zachodzi obawa, że mógł być on porwany. Ktokolwiek  posiadałby informacje gdzie taki pojazd się znajduje prosimy o kontakt, przy okazji ostrzegając przed zawieraniem umów z fachowcami nie podającymi nigdzie adresu swojego zakładu lub zamieszkania, bo późniejsze szukanie wiatru w polu raczej nie przynosi efektów. 

 

 

 

 

 

 

 

14 komentarzy

wrz 02 2011

AWS – aktualności w skrócie – 6/2011

Zmiana warty w konsulacie

 

Po wakacyjnej przerwie zaczyna się sezon polonijnych koncertów, wystaw i spotkań. Jednak w tym roku z pewnością wiele osób biorących w nich udział zauważy, że kogoś tam brakuje. Przez lata swojej kadencji bywał on właściwie wszędzie od harcerskich zbiórek po spotkania weteranów. Pomagał, organizował i koordynował działania wielu często skłóconych polonijnych organizacji, propagując jednocześnie sprawy polskie. Chociaż wydawałoby się, że w kraju gdzie nikt Polaków nie prześladuje a organizacje polonijne nawet wspiera rząd, stanowisko konsula do spraw Polonii nie jest potrzebne, to bez jego zaangażowania wiele polonijnych wydarzeń mogłoby nie dojść do skutku. Jednak kadencja na placówce dobiegła końca i na początku lipca vice konsul Wojciech Dzięgiel , bo o nim tu mowa, powrócił do kraju. Następnym jego etapem ma być Egipt. W kraju tym, który przestał się już kojarzyć z wakacjami łatwo może i nie będzie ale widać, że najlepszych wysyła się teraz tam gdzie jest najtrudniej. „Odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku” tak określił swojego poprzednika przejmujący jego obowiązki konsul Grzegorz Jopkiewicz, któremu życzymy by i jego następca powiedział tak samo kiedyś o nim.

 

Weekend z Pazurą

 

Czy może być coś durniejszego niż aktorstwo Czerego Pazury? Aż do premiery wyreżyserowanego przez niego filmu „Weekend”, wydawało się że raczej nie, bo chyba czegoś tak kiczowatego i wulgarnego polski widz dawno nie ogladal. Cezary Pazura jest na pewno swoistym fenomenem artysty z zawodu, który nie posiada żadnych talentów do zawodu artysty. Fenomenem jeszcze większym jest już tylko to, że znajdują się jednak tacy, którzy chcą jego publiczne popisy oglądać. Dla nich będzie więc on gościł 2 października w Toronto na zaproszenie Pegaz Art Production. Trzeba przyznać, że firma ta ostro zabrała się za organizację występu swojego gościa. Już parę miesięcy temu w księgarniach Pegaza pojawił się  film „Weekend” na DVD, co jest rekordową szybkością jak na, chyba przecież legalną dystrybucję. Reklamy tego występu w polonijnych mediach wykorzystują dorobek niemieckiego klasyka propagany, który twierdził, że kłamstwo powtarzane wielokrotnie może być potraktowane jako prawda, bo nazywanie Pazury „królem polskiej komedii” prawdą na pewno nie jest. Podobne metody stosowano zresztą z dość dobrym niestety skutkiem w Polsce przy reklamowaniu filmu „Weekend”. Czy okażą się skuteczne też u nas, zobaczymy już za miesiąc.

Oczywiście pieniądze mają taką samą wartość obojętnie czy pochodzą ze sprzedaży książek czy papierosów ale przy takich okazjach byłoby uczciwiej ominąć to „art” . Pegaz Production też brzmi całkiem ładnie. To samo dotyczy zresztą Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który podarował Pazurze na „Weekend” 1 mln publicznych złotych. Nie każdy film musi być przecież zaraz sztuką.

 

Dla bardziej wymagającej Polonii, grupa impresaryjna po taką właśnie nazwą przygotowała w Polskim Centrum Kultury spektakt Teatru Ludowego z Krakowa  „Wszystko o mężczyznach”. Sam tytuł w połączeniu z wypowiedziami byłej żony Pazury, Weroniki sugeruje, że nic w nim o nim nie będzie. Ta podobno rewelacyjna chociaż mało znana sztuka  zawiera również polonijny akcent bo główną rolę gra w niej Piotr Pilitowski, który jest synem Marii Nowotarskiej oraz bratem Agaty Pilitowskiej.  Dla tych, którzy nie lubią wychodzić z występu czując się nabici w butelkę, rzecz na pewno warta polecenia.

 

O miejsce na liście

 

W demokracji władzę oczywiście wybierają sobie obywatele. Pytanie tylko, czy jeśli wybór kandydatów do tego wybierania odbywa się w sposób przypominający raczej feudalizm to jest to jeszcze ciągle demokracja?

W Polsce o umieszczeniu na liście decyduje najczęściej jednosobowo partyjny wódz, który o wyborcach nie ma najlepszego zdania, uważając że potrafią raptem zliczyć do trzech. Dlatego więc najcenniejsze są te pierwsze miejsca na liście, które mają  zwycięstwo gwarantować. Płaci się za to daninę proporcjonalną do miejsca, ale jest to inwestycja, która dość szybko się zwraca. Nie zawsze jednak dla wodza kasa jest najważniejsza. Obok jednego z nich usiadła kiedyś młoda i urodziwa partyjana koleżanka. Ma on szczególną słabość do kociaków i może dlatego, że tak mówi się czasami na ładne dziewczyny, miejsce na liście ma ona otrzymać.  W tegorocznych wyborach dochodzi dodatkowy problem rodzin smolenśkich, którym trudno odmówić chociaż niestety niektóre nadużywają wodzowskiej łaski, jak na przykład obie żony i matka budowniczego peronu we Włoszczowej. Na liście wodza konkurencyjnej partii umieszczono z kolei kandydatkę, która sama będąc krótko wodzem długo nie mogła zdecydować się co dla niej jest najważniejsze, w końcu uznając że jednak to on. Więc dla niej zdradził paru wiernych towarzyszy doceniając jej zasługi w przegranej kampanii wodza, który wtedy był dla niej najważniejszy .Najgorsze w tym wszystkim, że naród z pewnością udowoni po raz kolejny iż zasługuje na to jak jest przez wodzów postrzegany i zagłosuje na te pierwsze trójki, chociaż rozwiązanie wydaje się tu być bardzo proste. Można przecież zrobić partyjne prawybory a listy jak na przykład w Kanadzie ułożyć w porządku alfabetycznym.

Może jakby dla wodzów Polska była najważniejsza właśnie tak by zrobiono.

 

Kiedy można o Powstaniu?

 

Sikorskiemu oberwało się nie za powiedzenie prawdy, lecz za to, że zrobił to w podobno nieodpowiednim momencie. Z tym, że powstanie warszawskie było narodową katastrofą zgadzają się prawie wszyscy bo jak inaczej można nazwać coś co pochłonęło 200 tysięcy ofiar cywilnych i spowodowało całkowite zniszczenie stolicy. O tym, że nikt Warszawie nie pomoże wiadomo było już rok wcześniej po Teheranie. Bohaterscy powstańcy a wśród nich dzieci idące na czołgi z procami o tym nie wiedzieli. Jeżeli ci w Londynie również tego nie wiedzieci to czy już takie dowództwo nie było katastrofą? Lecz jeżeli widzieli, to można mówić tu nawet o zbrodni na własnym narodzie. Jak ponury żart brzmią wspomnienia mieszkańców Warszawy jak to radio z Londynu na zakończenie swoich audycji nadawało im wtedy chorał „Z dymem pożarów”

Pewnie , że mógł Sikorski poczekać z tym na przykład do 3 maja, bo chociaż coraz częściej wygłaszane są opinie, że konstytucja ta nic nam nie dała a doprowadziła do rozbiorów Polski, to wielu uzna na pewno, że najlepiej o tym mówić w innym terminie. Może na przykład 22 lipca? Jednak pamięć o naszych przykrych historycznych doświadczeniach jest potrzebna może właśnie szczególnie teraz.

Bo jak niby Polska powinna zareagować na zamordowanie prezydenta i politycznych elit? Chyba tylko wypowiedzeniem wojny mordercom. Czy ci, którzy tworzą różne bzdurne teorie smoleńskie, będąc przy władzy nie posunęliby się do tego? Też dobrze wiedząc, że sami nie damy rady a na żadnych sojuszników liczyć nie możemy? Scenariusz taki jest całkiem możliwy i dlatego chyba o błędach z przeszłości przypominać należy wtedy kiedy słuchaczy jest jak najwięcej.

 

Przegląd prasy Polonijnej

 

W numerze 25 Gońca autor felietonu proponuje: „wprowadzenie obowiazkowego dla wszystkich zdrowych mężczyzn 18-30 lat w miejscu zamieszkania szkolenia– obsługa broni osobistej oraz ręcznej broni przeciwpancernej, lotniczej, budowa prostych ładunków wybuchowych”.  Teraz jak w piosence Wodeckiego trzeba tylko znaleźć sobie wroga. Szkoda bo na przykład w Gorzowie obie jednostki wojskowe zamieniono dawno na uczelnie? I znów zamiast książek trzymać tam kałasznikowy? Jeżeli już to może szkolić w obsłudze kosy, bo to broń i do powstania dobra i przy żniwach przydatna.

W tym samym numerze w relacji z losowania Leksusa przez firmę GoWest autor JR zauważa, że „losowania dokonała osoba najbardziej godna zaufania czyli proboszcz parafii p.w. Maksymiliana Kolbego- o. Andrzej Sowa”. Polskie dzieci też zaufały, że gdzie jak gdzie ale w tej parafii nie spotka ich nic złego a spotkały tam wezwaną na nie policję, gdy próbowały w zimny styczniowy poranek pomóc swoim rówieśnikom w Polsce? (czyt.”911 na 19” nr 1/11 z 27 stycznia 2011)

 Pomimo, że redakcja gazety Gazeta znajduje się przy ulicy gdzie właśnie  finalizowane są idiotyczne wymysły ekipy Millera, w numerze z 1 sierpnia relacja niczym z 1 maja tyle, że w Trybunie Ludu. Pełnia szczęścia, przemówienia, szampan, tort, darmowa przejażdzka tramwajem, brakowało tylko waty na patyku i towarzysza pozującego z łopatą.  Ani słowa opinii tych co tam pracują i mieszkają, a byłoby o czym pisać. Niedawno na olbrzymich peronach tramwajowych domalowano obrazki rowerów. Jak z nich korzystać ujawniono, powołując się na instrukcję z magistratu dopiero w Toronto Star. Tak więc, tłum (spodziewany w przyszłości) oczekujący na tramwaj ma stać przed peronem, podczas gdy cykliści mogą sobie po nim pedałować. Jednak z chwilą przybycia tramwaju powinni oni przepuścić pasażerów. Czy przepuszczą, to już inna sprawa bo oni żadnych reguł nie przestrzegają. Co wtedy robią kierowcy samochodów, za których pieniądze to dziwactwo powstało? Nie napisano , zresztą takie słowa w tekstach są i tak wykropkowywane.

 

 

Złote jaja

 

Jedna z trzech agencji ratingowych obniżyła ocenę kredytową naszego południowego sąsiada. Parę dni po tym chętnych na amerykańskie obligacje było trzy razy więcej, choć cena była rekordowo wysoka. Inna agencja w 2002 roku Japonii przyznała ocenę niższą niż Botswanie. Trzy dni przed bankructwem banku braci Lehmanów przyznano mu najwyższą kategorię zaufania. Czy pracują tam sami idioci czy po prostu za takich nas uważają robiąc sobie z nas jaja, chociaż  dla nich samych to są raczej złote jaja. Jeden z nich, podobno nasz „węgierski bratanek” Soros zarobił na samym zamieszaniu wynikłym z obniżenia ratingu USA okrągły miliard dolarów.

       Wygląda, że nasza Credit Union też korzysta z podobnych ratingów, bo chyba na ich podstawie doszło do zamknięcia najbardziej odwiedzanego oddziału pod Fregatą by sporym kosztem otwierać inne na raczej odludnych terytoriach. Wszystko wskazuje na to, że nasza unia świętych Kazimierza i Stanisława stara się być jak najbliżej „Millenijnego Dzieła Polonii Kanadyjskiej” pod wezwaniem francuskiego świętego. Czy wszyscy trzej święci będą działać zgodnie dla dobra Polonii? Sprawa raczej wątpliwa. W obu przypadkach rozwiązanie wydaje się jednak dość proste bo może wystarczyłoby po prostu odsunąć braci starozakonnych od grzebania w światowych finansach a naszych braci zakonnych od polonijnej  „wall street” .

 

Roszady

 

Personalne roszady nastąpiły też w grupie trzymającej władzę nad polonijnymi duszami, której członkowie przypominają trochę sympatycznych pancerniaków z czołgu Rudy.

Gustlika, który zakończył pracę w sztabie zastąpił Olgierd, który poświęcił dla osiągnięcia tego celu nawet ulubione kierowanie radiowęzłem. Na jego miejsce przybywa kogoś z terytoriów zachodnich. Prosta zamiana miejsc nie wchodziła widocznie w rachubę bo Gustlika jako byłego sztabowca interesują tylko największe jednostki. I chociaż sam nie popisał się w sprawie najstarszej polskiej jednostki, kiedy był dowódcą, jednak taką właśnie otrzymał. Z tego powodu dowodzący tam Gregorij od jesieni działać będzie na zachodniej rubieży. Zresztą kiepski z niego był zwiadowca bo jak wszyscy widzieli na horyzoncie kościół to on uparcie twierdził, że  to budowa kopalni. Janek, który przez ponad dwanaście lat godził swoje obowiązki z pracą na budowie może wreszcie spocząć na laurach, a dosłownie na okazałym tronie, który ustawił sobie w swojej jednostce. Dzięki temu, że konkurs Marylin vs Eugene (czyt.: Kroniki budowlane) został przedłużony, jego pozycja wydaje się być jeszcze na długo nie zagrożona.

 

 

 

 

 

26 komentarzy

cze 23 2011

AWS – aktualności w skrócie – 5/2011

Kroniki budowlane

 

Pora zobaczyć co się dzieje na budowach biorących udział w naszym współzawodnictwie.

Marylin, która wyrosła już na pełną wysokość spowodowała, że Mississauga zyskała wreszcie bardziej miejską panoramę. W Brampton chociaż kościół został formalnie otwarty to jednak jest on tylko częścią mającego powstać tam polonijnego kompleksu, więc zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami nasz konkurs został przedłużony do czasu całkowitego zakończenia obu inwestycji.

Na pierwszą mszę w tym polskim kościele pod wezwaniem francuskiego świętego Eugene de Mazenod, którą odprawiono w niedzielę 22 maja parafianie czekali ponad 12 lat. Budowa ta przez cały ten okres wzbudzała wiele emocji i prawdopodobnie to  przesadzone rozciągnięcie jej w czasie podzieliło Polonię na jej zwolenników i przeciwników. Sam kościelny budynek o  może trochę podhalańskiej architekturze posiada jednak bardzo nowoczesne wnętrze, do którego nie bardzo pasuje olbrzymi, iście królewski tron. Może dlatego parafian potraktowano trochę jak dworzan informując ich, że drzwi główne będą otwierane tylko dla co ważniejszych gości, a oni mogą używać wejść bocznych. Tym najmłodszym przygotowano z kolei przedsionek za szybą aby czasem nie zakłóciły kazania. Mamom może być trochę przykro bo wiele z nich potraktowało poważnie słynny apel aby zamiast kupować dzieciom prezenty pod choinkę, pieniądze przeznaczyć na budowę tego kościoła. W biuletynie parafialnym z 12 czerwca podano z dużą dokładnością, że na budowę zebrano dotychczas $6,881,694.79, lecz bez żadnej wzmianki ile do tej pory kosztowała. Tron zwykle onieśmiela zadawanie pytań  więc w zamian rodzą się różne plotki.  A to, że dzwony kupiono zepsute bo miało być je słychać aż w parafii Kolbego a nie słychać, lub że proboszcza zatrzymano na lotnisku z dużą ilością gotówki. Zasiadając na tronie nie wypada tłumaczyć się prostym ludziom chociaż kiedyś właśnie w ojczyznie patrona tej parafii nawet sam król musiał przed ludem uciekać.

Na budowie w Mississaudze wygląda, że wkrótce pierwsi lokatorzy będą oglądać panoramę miasta porównywalną tylko z widokiem z CN Tower.Do tej pory nie podjęto tam jeszcze decyzji czy głównym wejściem będą wchodzili tylko najważniejsi mieszkańcy czy będzie ono dostępne dla wszystkich.

 

Latajace  Kaczory

 

Narzekając na ciągły brak czasu możemy się pocieszyć tym, że taki premier z pewnością ma go jeszcze mniej. Okazuje się jednak, że nie zawsze jest to prawdą bo jak wyśledzili polscy dziennikarze Donald już w piątek przed południem pakuje się do odlotu nad morze by wrócić stamtąd w poniedziałek po południu. Przywiązanie do rodzinnego podwórka nie jest niczym złym a zarzuty, że takie cotygodniowe cztery kursy rządowego odrzutowca sporo kosztują łatwo można zbagatelizować bo płaci przecież za nie cały naród i w przeliczeniu na jednego obywatela  to wychodzą marne grosze. Nasz drugi Kaczor, który latał ostatnio z koszykiem po sklepie musiał jednak sam za zakupy zapłacić chociaż nie wyglądało, że kupował je dla siebie. Latanie Jarosława było jednak transmitowane przez wszystkie telewizje, natomiast odloty i przyloty Donalda, chociaż bardziej widowiskowe niestety nie są. A ładnie to by wyglądało jakby w poniedziałek wychodzącemu z samolotu premierowi minister składał, prztłumaczony z chińskiego raport o postępie robót na autostradzie ze Strykowa. Chociaż teraz sprawa jest już nieaktualna bo Chińczycy jednak zdołali sobie wyobrazić co to będzie jak ten highway dotrze do stolicy i uciekli z placu budowy, do której zabierano się  zresztą jeszcze przed rządami obu „latających kaczorów”. Czy spowoduje to, że teraz obaj polecą po rozum do głowy, czy będzie to lot ciągle jeszcze dla nich za daleki. Niestety ale zanosi się na to „kacza era” może nad Wisłą trwać jeszcze długo bo chociaż Polacy prezydentem ustanowili myśliwego w nadzieji, że oba kaczory zostaną przywołane do porządku to z bulem przyznają, że jak narazie nie wyszło nic z tego.

 

Paczki do Polski

 

Polonijnej firmie Polimex, która zajmuje się wysyłką paczek do Polski, wybudowano przed głównym biurem specjalny pomost jakby przeznaczony do sprawniejszego wyładunku paczek. Chociaż projekt ten powstał za rządów burmistrza Millera, słynącego z wielu pomysłów, z których każdy był jeszcze głupszy od poprzedniego, to w tym przypadku okazał się on może wizjonerem przewidującm, że POPiSy polskich polityków będą  trwać jeszcze długo co

może spowodować wśród Polonii znaczne zwiększenie wysyłek paczek z pomocą rodzinom w Polsce. Sam Miller po wyprowadzce z torontońskiego ratusza poszedł do szkoły.  Niestety ale okazuje się, że nie będzie się tam uczył tylko nauczał. A co będzie jak on lub jakiś jego uczeń dorwie się do władzy w Kanadzie? Czy będziemy mogli liczyć na paczki z Polski? Może Polimex powinien otworzyć jakieś biuro też gdzieś na Krakowskim Przemieściu.

 

Protest Hołdysa

 

Były lider grupy Perfect Zbigniew Hołdys odmówił przyjęcia odznaczenia państwowego za działalność opozycyjną ponieważ jak twierdzi nie był żadnym opozycjonistą tylko muzykiem. Nie sposób nie przyznać mu racji bo każdy kto żył w Polsce w tamtych czasach wie, że występował w telewizji i radiu, nagrywał płyty i koncertował nie tylko w kraju ale i za granicą. Takich jak on było wtedy całkiem sporo. Chociaż czasami przemycili coś w tekstach utworów, najważniejsza jednak była ich muzyka. Bo nie koncerty skrzypcowe czy wystawy akabanów lecz własie rock Perfectu, SBB, Breakout, TSA i paru innych utwierdzały nas w pewności, że my nie jesteśmy częścią sowieckiego imperium i nasze miejsce jest w Europie. Słusznie zauważa Hołdys, to wstyd i skandal, że jednego z najwybitniejszych polskich muzyków Józefa Skrzeka Rzeczpospolita nie nagrodziła do tej pory za działalność artystyczną.  Na pociesznie tym muzykom „opozycjonistom” pozostaje to, że nadal pozostają tymi nielicznymi, za których nie musimy się wstydzić, o czym mogliśmy sami się przekonać będąc na torontońskich koncertach SBB czy Perfektu.

 

Wieści z ratusza

 

Chociaż swoje urzędowanie nowy burmistrz Toronto rozpoczął zgodnie z oczekiwaniami swoich wyborców dość stanowczo zapowiadając zastąpienie kapryśnych i często aż bezczelnych w swych żądaniach miejskich służb oczyszczania miasta, prywatnymi firmami, to inne wieści z ratusza nie napawają niestety optymizmem. Bo czy zamknięcie na cały weekned autostrad Gardiner i Don Valley dla przejazdu grupy miłośników dwóch pedałów, jak też dokarmianie cyklistów śniadaniem w centrum miasta nie za bardzo przypomina millerowskiego utrudniania życia jego mieszańcom . Ponadto okazuje się, że znów to oni poniosą część kosztów parady środowisk homnoseksualnych zwaną też czasami paradą równości. Za takie paradowanie po ulicy z gołym tyłkiem, bo tak naprawdę do tego się ta impreza sprowadza,  hetero otrzymałby  z pewnością od miasta grzywnę, jeśli to samo robi homo miasto mu jeszcze za to płaci. I gdzie tu równość oraz tak chętnie wtrącająca się w sprawy rodzinne policja nie reagująca, że na to patrzą też dzieci? Chociaż nawet gdyby im kazano reagować to czy są w stanie kogokolwiek rozpoznać. Gdy udało się postawić przed sądem policjanta Weddella, który brutalnie pobił człowieka podczas ubiegłorocznego G20 żaden z jedenastu jego kolegów nie był w stanie go rozpoznać chociaż w Toronto Star nawet opublikowano  zdjęcia tego zomowca. Kłamią lub mają wyjątkowo krótką pamięć co w obu przypadkach dyskwalifikuje ich jako policjantów. Wierzymy jednak, że Ford dopiero się rozpędza, czego zwiastunem może być jego odmowa udziału w paradzie, do czego niestety w dzisiejszych czasach trzeba też  mieć odwagę.

 

Barack w Polsce

 

Profesionalizm amerykańskich służb tajnych w czasie parogodzinnej wizyty  prezydenta Obamy komplementowali w Polsce prawie wszyscy. Lecz jak się nad tym choć trochę zastanowić to czy angażowanie aż 1500 agentów amerykańskich i nie wiadomo ilu polskich, do ochrony jednego człowieka i to jeszcze w najbardziej proamerykańskim kraju świata to profesionalizm czy raczej jego brak. Znając amerykańskich pograniczników raczej mamy tu do czynienia z tym drugim przypadkiem i to połączonym często niestety z jakąś odmianą paranoi. Sojusznik jakoś nie bardzo nam ufa bo nie dość, że przysłał nieuzbrojone wyrzutnie to jeszcze w czasie powitania Baracka przez kompanię reprezentacjną zabrano polskim żołnierzom naboje. Dobrze że chociaż w Iraku i Afganistanie pozwalają im mieć ostrą amunicję.

W jednej z licznych na temat tej wizyty wypowiedzi ktoś zadał jakiemuś ekspertowi pytanie co by sie stało gdyby Polacy nie pozwolili sobie na takie rządzenie się we własnym kraju. To Obama by nie przyjechał, odpowiedział ekspert. I to jest jednocześnie odpowiedź na to co się stało w Smoleńsku. Polskiego prezydenta nikt tam ani nie zapraszał ani nawet nie oczekiwał i jako poważny mąż stanu nie powinien on tam lecieć. Tym bardziej że był to przede wszystkim wyjazd w ramach kampanii wyborczej. A dlaczego tam nikt go nie chciał? Oprócz mało odpowiedzialnej polityki zagranicznej główną przyczyną był brat, który podczas wizyty Putina w Polsce mądrzył się pytając „a kto go tu zaprosił?”

 

Pocztówka z podróży

 

Otrzymaliśmy kolejne zdjęcie z wojaży naszych czytelników. Po Zbigniewie Świderskim (27.11.2010) i Andrzeju Rozbickim (27.01.2011) nadeszło ono z Meksyku od reporterki telewizyjnej Irminy Somers. Chociaż kraj ten kojarzy się przede wszystkim z wakacjami ona pojechała tam jako producent City TV, realizując meksykański odcinek programu „Look I Cook” Ady Młostek. Jak widać miejscowe delfiny jakoś dowiedziały się o jej przyjeździe i urządziły Irminie gorące powitanie.

 

 

 

 

 

67 komentarzy

maj 18 2011

AWS – aktualności w skrócie – 4/2011

Mało galowy koncert

 

„Co ma Cygan do Papieża?” takie pytanie można było sobie zadać słuchając cygańskich rytmów kończących pierwszą część koncertu zorganizowanego dla uczczenia beatyfikacji Jana Pawła II, który miał miejsce 8 maja w torontońskiej Roy Thompson Hall. Wyjątkowe wydarzenie, bardzo dobra sala koncertowa i słone ceny biletów wydawały się gwarantować widowisko na najwyższym poziomie. Niestety ale otrzymaliśmy jednak coś w rodzaju programu „Mam Talent”, którego zresztą nie można było odmówić większości wykonawców. Lecz dość przypadkowy wybór tak ich jak i repertuaru, brak jakiejkolwiek koncepcji koncertu i amatorsko opracowane prezentacje wideo w żaden sposób nie przystawały do wydarzenia, na którego cześć koncert ten zorganizowano.

Nie bardzo na miejscu było też dopisanie przez organizatorów, do towarzystwa naszemu Papieżowi , Eugene de Mazenod, co słusznie od samego początku spotkało się z krytyką wśród Polonii. Wcześniej imieniem tego francuskiego świętego nazwano otwierany właśnie kościół określany  jednocześnie jako „ Milenijne Dzieło Polonii Kanadyjskiej”. Widocznie nasi polonijni ojcowie Oblaci nie bardzo ufają w samodzielność założyciela swojego zakonu, skoro nawet parady  organizowane w trakcie budowy kościoła pod jego wezwaniem, nosiły jednak imię Jana Pawła II. 

Nic nie mamy przeciwko św.Eugene ale tu na emigracji wolelibyśmy jednak aby naszym patronem był ktoś kto rozumie modlitwy odmawiane w języku polskim.

Ten koncert też mogł się odbyć tylko dzięki uczestnictwu w nim Polaków, a reklamowały go prawie wyłącznie polonijne media. Polonia zrobiła swoje to znaczy zakupiła bilety i teraz można było już ją zlekceważyć, bo jak inaczej można nazwać fakt, że po kilku  słowach powitania wygłoszonych w obu jezykach, pozostałe zapowiedzi były już tylko po angielsku.  Dopiero zareklamowanie stoiska z pamiątkami odbyło się także po polsku bo z pewnością liczono tu jak zwykle na chojność rodaków, którzy opuszczali jednak salę zawiedzeni, bo nasz Papież z pewnością zasłużył na dużo lepszy koncert.

 

 

Cud w Ontario?

 

Do tej pory uważano, że  główną przyczyną dość jednak słabej pozycji  Polonii w Kanadzie był brak naszego posła w kanadyjskim parlamencie. Wszystko się jednak zmieniło 2 maja, kiedy nie jeden ale nawet dwóch polonijnych kandydatów z Partii Konserwatywnej wygrało wybory w swoich okręgach. Władysław Lizon i Ted Opitz będą teraz pilnowali by Polonia rosła w siłę, bo przynajmniej tak obiecywali w czasie swych wyborczych kampanii. Na taki moment czekaliśmy chyba od czasu kiedy pierwszy polski emigrant postawił stopę na kanadyjskiej ziemii. Walka o poselskie mandaty była zacięta bo obaj posłowie wygrali bardzo niewielką ilością głosów i nie można wykluczyć, że odbyło się to za sprawą naszego Papieża, bo być może oglądając transmisję z Rzymu, dumni ze swego rodaka, doznaliśmy oświecenia, że może warto jednak pokazać iż my Polacy jesteśmy obecni na ziemi, tej ziemi. Jeśli tak było to  czy nie można podejrzewać ,że był to jednak cud? 

 

 Amerykańskie cuda

 

Eksperci ze wszytkich dziedzin zgodnie uważają, że tylko jakieś cuda mogą jeszcze pomóc Ameryce. Kto wie czy to nie ich właśnie poczatek, bo oto południowi sąsiedzi nagle ogłosili iż zastrzelili Osamę. Dotychczas uważaliśmy, że jak największe mocarstwo militarne świata przez 10 lat nie może wytropić jednego człowieka to znaczy, że jest to po prostu niemożliwe i już!  A tu proszę i to jeszcze  nazajutrz po beatyfikacji. Chociaż wstawiennictwo naszego Papieża jest  tu raczej mało prawdopodobne bo ten wybaczył nawet swojemu zamachowcowi, ale wiadomo też,  że wiceprezydent w czasie tej akcji, którą rząd amerykański oglądał niczym grę komputerową, trzymał jednak w ręku różaniec. Na ekranie ścigany Osama bin Laden a przed ekranem gracze Obama and Biden. Dość zastanawiające jest przy tym  to, że w tym samym czasie odnalazła się metryka urodzenia amerykańskiego prezydenta, którą różne niedowiarki chcieli od trzech lat zobaczyć. Przecież jakby ją miał to by dawno pokazał. Czyżby więc to Osama był w posiadaniu certyfikatu Obamy? Może niewiarygodne , chociaż zależy dla kogo. Na szczęście w Ameryce ciągle są żywe może dzikie ale też i szlachetne obyczaje dzikiego zachodu, które dawały prawo do pojedynku nawet największemu łotrowi, bo oto pojawiły się zarzuty ,że bin Laden nie był uzbrojony. Jeszcze trochę a okaże się, że on to nawet chciał rozdać działka przeciwlotnicze pracownikom WTC, ale Amerykanie odmówili mówiąc, że broni to oni mają pod dostatkiem. A może trzeba było jednak brać jak nasz Jagiełło pod Grunwaldem.

 

Papierzowe podróże

 

Za naszym Papieżem trudno było czasami nadążyć, szczególnie w jego podróżach i chyba tak zostało do dziś. Polacy wybrali się na papieskie uroczystości do Rzymu a Papierz w tym czasie do Warszawy. Jeszcze pare dni temu śpiewała Osiecką w Mississaudze by zaraz pojawić się w TVP 2 w programie „Kabaretowy Klub Dwójki”, który nagrywano  11 i 12 maja w Krakowie. Można wprawdzie się tu trochę pogubić w  pisowni, ale prezydent Komorowski pokazał, że  najważniejszym jest jak się wymawia a nie jak się pisze. W tym przypadku nie ma jednak mowy o żadnym cudzie bo te sukcesy Magdy Papierz są efektem nie tylko talentu ale też wielu lat ciężkiej pracy jej i całego zespołu kabaretu pod Bańką, który zresztą wyjeżdża w tym roku na tourne po Polsce. Mają duże szanse na odniesienie tam sukcesu i to wcale nie tylko dlatego, że kabaret znad Wisły  właśnie sięgnął dna.

 

Ciężki Sabaton Na Luzie

 

My Polacy zajęci na codzień prowadzeniem naszych wewnętrznych wojen, lubimy gdy ktoś, a najlepiej jakiś cudoziemiec pamieta, że były czasy kiedy walczyliśmy razem przeciw wspólnemu wrogowi. Kiedy parę lat temu Sabaton- muzykopodobny zespół ze Szwecji nagrał piosenkę o bitwie pod Wizną gdzie polscy żołnierze stawiali opór 40 -krotnie liczniejszemu wrogowi, zachwytom w Polsce nie było końca. Parę tygodni temu grali oni w jednej z torontońskich restauracji o czym poinformował  polskojęzyczny program „Na Luzie”, chociaż tu akurat „polskojęzyczny” bo może trochę za dużo powiedziane, bo reporterka Ania Piszczkiewicz chociaż sama ciemnowłosa to z uporem godnym blondynki unika w swoich reportażach języka polskiego. Jednak nawet jeśli nie zrozumieliśmy wszystkich wypowiedzi to mieliśmy okazję chociaż zobaczyć samych artystów i teledysk do piosenki „40:1”, zawierający a  jakby inaczej, szarżę naszej konnicy na niemieckie czołgi. Sympatia za poświecenie nam tej piosenki mija jednak po zapoznaniu się z ich twórczością, bo tu okazuje się, że chłopaki mają po prostu hopla na punkcie wojny. Z grą na instrumentach jest u nich może nie najlepiej, ale libretto maja za to na każdą okazję, to znaczy każdą wojnę.

Przykład z tej samej płyty: Onward comrads! Onwards for the Soviet Union! Charge! Ow mother Russia! Union of lands. Will of the people. Strong in command Ow mother Russia! Union of lands Once more victorious the red army stands!  czyli coś jakby: Naprzód towarzysze, naprzód Związku Sowiecki, Matko Rosjo, zwiazku krajów, wolo ludzi, Jeszcze jeden triumf czerwonej armii.

Czy wzbudziły one entuzjazm w Rosji? Raczej nie, bo tam akurat o takie sprawy oni potrafią dobrze zadbać sami.

A jak dziś wygląda pole bitwy, o której śpiewają szwedzcy metalowcy możemy zobaczyć na zdjęciu obok.

 

Pierwsza akcja naszego posła

 

Jeszcze Władysław Lizoń nie zadomowił się w Ottawie a już mieliśmy okazję zobaczyć go w akcji. Otóż wykrył on, że kolejna torontońska stacja radiowa tym razem 104.5 poinformowała słuchaczy o istnieniu polskich obozów zagłady, w których mordowano Żydów. Jakoś nie sposób uwierzyć w to, że w czasach kiedy wielu absolwentów wyższych uczelni nie może znależć pracy, w mediach pracuje tylu debili. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, czy te z uporem maniaka powtarzane kłamstwa nie mają jakiegoś związku z nasilającymi się wraz z upływem czasu oraz wzrostem wartości nieruchomości, roszczeniami majątkowymi działających w Ameryce organizacji żydowskich? To dość logiczne, że opinia publiczna bardziej  przychylna jest odebraniem kamienic zbrodniarzom. Istnieje jednak chyba prawo zabraniające rozpowszechniania kłamstw o holokauscie,a czy te oszczerstwa nie są czasem jego ewidentnym naruszeniem? Ale to już robota właśnie dla posła federalnego. Dobrze, że mamy teraz dwóch, którzy mogą pomóc w tej sprawie. A póki co, może w takich przypadkach polskie gazety mogłyby zamieszczać jakieś znaczki z logo kłamcy.

 

 Felieton z Polski

 

Po raz pierwszy za mojego żywota dzień 1-go maja ze swięta robotniczego przeistacza sie w święto kościelne, czyli zamienił stryjek…. Za komuny były przymusowe pochody i od rana do wieczora nachalna propaganda radiowo-telewizyjna z ich przebiegu ,

później przez 21 lat w tym dniu królowały działkowe grille , a w mediach wyśmiewano komunistyczne świętowanie , zaś dzisiaj wszystkie polskojęzyczne stacje radiowo-telewizyjne katują beatyfikacją Jana Pawla II. Czym się różni nachalność dawnej propagandy komunistycznej od dzisiejszej kościelnej? – tak naprawdę niczym – i jedni i drudzy wpychają się do mieszkań obywateli bez zaproszenia! Jest piękny majowy poranek , a z radia zamiast rockowego śniadania według przepisu Wojciecha Manna tylko Papież , Rzym , Wadowice , kremowki itp… Do diaska! – to chyba po to Radio Maryja otrzymało ogólnopolską koncesję , żeby właśnie sprawozdawać podobne uroczystości? Dlaczego w demokratycznym kraju , płacąc comiesięczny abonament , zostałem medialnie ubezwłasnowolniony? Na beatyfikacje do Rzymu , według wcześniejszych pobożnych życzeń miało pojechać ponad milion Polaków , a faktycznie jest ich być może 80 tyś. , czy to nie jest wymierny dowód na to , że nie cały naród beatyfikacją żyje?

Doceniam zasługi Karola Wojtyły dla przeistoczenia Polski w kraj demokratyczny , przyznaję , że dla świata był Polakiem wielkim i wyjątkowym , ale jako katolik niepraktykujacy buntuję się przeciwko zawłaszczeniu mojej przestrzeni relaksowo-muzycznej przez

wydarzenie czysto religjne. Mamy tysiące kościołów , czy to nie są właściwie miejsca do przeżywania i oglądania (telebimy) tego rodzaju celebry? Ależ ubaw mają w piekle Gomułka z Cyrankiewiczem , nie chcieli Polacy pochodów , parkowych potańcówek i kiełbasy sprzedawanej z brudnych samochodów no to mają chorały kościelne i wielogodzinne opowieści o bardzo statycznych uroczystościach. W piątek nie mogłem wyjść ze zdumienia , że tak genialny i pragmatyczny naród jak Anglicy mógł na jeden dzień aż tak zgłupieć i godzinami obserwować książęce zaślubiny , ale to był przynajmniej spektakl historyczno-teatralno-baśniowy , który dawał się oglądać jako relikt czasów minionych, a dzisiaj w Rzymie mówiąc Maklakiewiczem z Rejsu – nuda , nuda , nuda….

Na dawne pochody 1 Majowe chodziłem przymuszany i przez to nie był to mój ulubiony dzień roku , ale dzisiaj na znak protestu pozwolę sobie zakrzyknać – Niech się święci 1 Maja! – nie ten gomułkowsko-gierkowski , ani ten papieski , a ten historyczny – robotniczy!

 

Zbigniew

Gorzów Wielkopolski

17 komentarzy

Następne »

  • Reklama